Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„American Conquest” – recenzja

Po „American Conquest” sięgnąłem pod wpływem niezwykle wysokich ocen wystawianych tej grze przez prasę oraz ziny internetowe. Bardzo zachęcająco brzmiały też słowa innych recenzentów, twierdzących, że produkcja ta to nic innego jak „Kozacy”, z tą drobną różnicą, że jej akcja została osadzona w Ameryce. Rzeczywiście, misje „American Conquest” traktują o dziejach tego kontynentu od momentu odkrycia go przez Krzysztofa Kolumba w piętnastym wieku, aż po wojnę o niepodległość w wieku osiemnastym. Podobnie jak w „Kozakach”, tak i w tej grze autorzy zwrócili szczególną uwagę na dokładność i zgodność historyczną.

Obrazek

W single player do wyboru mamy trzy tryby gry: kampania, misja pojedyncza lub misja losowa. Najpierw przyjrzymy się pierwszemu, będącemu jednocześnie najważniejszym elementem „American Conquest”. Otóż, w grze mamy do rozegrania osiem różnych kampanii, z których każda dzieli się na pięć misji. Pierwsza z nich nosi nazwę „Podróże Kolumba” i jednocześnie pełni funkcję samouczka. Nietrudno się domyślić, że gracz ma w niej okazję zadomowić się na nowym lądzie i zbadać go, przy okazji poznając zasady gry. W drugiej, nazwanej „Najazd Pizarra”, mamy okazję stanąć na czele hiszpańskich konkwistadorów, podbijających potężne południowoamerykańskie Imperium Inków. Kolejne dwie kampanie przedstawiają dzieje Wojny Siedmioletniej, kiedy to Anglicy z Francuzami spierali się o terytoria kolonii Ameryki Północnej. Dwie – ponieważ twórcy dali nam możliwość opowiedzenia się po dowolnej stronie. To, czy poprzemy Anglików, czy też Francuzów, zależy wyłącznie od nas. Następne dwie opowiadają o powstaniu Tecumseha i jego walce z kolonizacją. Po jego stronie opowiadają się również Anglicy, a my znowu stajemy przed wyborem, czy poprzeć tubylców, czy naród Amerykański. Wreszcie ostatnie kampanie opowiadają o wojnie o niepodległość i początkach Stanów Zjednoczonych. Po raz kolejny możemy wybrać: czy tłumić amerykańskie powstanie kierując Brytyjczykami, czy stanąć na czele Amerykanów i walczyć o niepodległość kraju.

Obrazek

Jeśli nie chcemy rozgrywać kampanii – nic nie stoi na przeszkodzie, by zagrać w jedną z dziewięciu przygotowanych dla gracza misji lub też… stworzyć własną potyczkę! To, co było największym atutem „Kozaków”, jest udoskonalone i znacznie lepsze w „American Conquest”. Ale po kolei: najpierw wybieramy graczy, uczestniczących w potyczce. Może ich być maksymalnie siedmiu. Po wybraniu ilości graczy i po przydzieleniu ich do odpowiedniej drużyny, musimy wybrać nację, którą będziemy prowadzić. Łącznie jest ich dwanaście: Hiszpania, Majowie, USA, Delawarowie, Anglia, Irokezi, Inkowie, Huroni, Francja, Aztekowie, Pueblosi, Siuksowie. Co ciekawe, każda z nich jest zupełnie inna: ma inne budowle, inne jednostki, inne technologie i sprzęt. Najlepiej gra się ludami mniej cywilizowanymi. Zawsze preferowałem Majów. Potem należy wybrać jeden z sześciu typów krajobrazu. Dostępne są lądowy, śródziemnomorski, półwyspowy, kontynentowe, kontynentalny i wyspiarski. Następnie rodzaj terenu (równina, niskie góry, wysokie góry, pogórze, płaskowyż), klimat (umiarkowany, tropikalny, pustynny, północny), ilość surowców i minerałów, wielkość mapy oraz warunki zwycięstwa. Odnośnie mapy: jeśli w „Kozakach” była ona duża, to w „American Conquest” może być wręcz kolosalna!

Obrazek

„American Conquest” jako jeden z niewielu RTSów daje nam możliwość rozegrania bitew, w których może uczestniczyć kilka tysięcy jednostek. Wierzcie mi, że już dwutysięczna armia (którą stworzyłem, by poskromić Francuskich najeźdźców) maszerująca przez lasy i równiny wygląda imponująco. Jeszcze przyjemniej ogląda się, gdy owa armia wykonuje swoją powinność i walczy z wrogiem. W grze bardzo liczy się strategia i umiejętność taktycznego myślenia. Przyznaję, że moje pierwsze kroki były tragiczne. Moje półtoratysięczne wojsko, które stworzyłem już w pierwszym losowym scenariuszu, zostało wyrżnięte w pień przez miasto nie liczące więcej niż czterystu obrońców. A wszystko przez zmasowany atak ‚na hurrraaa’. Przeliczyłem się. Coś takiego tutaj nie działa. Dowodem na to może być fakt, że już kilka misji później odparłem atak ponad stu uzbrojonych w broń palną Francuzów, zaledwie czterdziestoma łucznikami Majów, którzy ostrzeliwali wroga z wysoko usytuowanego budynku. W kilku słowach – bitwy oraz sceny batalistyczne w „American Conquest” to niewątpliwie jedna z najpoważniejszych zalet gry.

Obrazek

Nic złego nie można też powiedzieć o oprawie graficznej, która robi bardzo dobre wrażenie mimo tych dwóch lat, które upłynęły od premiery gry. Fakt, wygląd ognia czy wybuchów może nie jest już z tej epoki… jednak w najmniejszym stopniu nie przeszkadza to podczas grania – nie o grafikę tu bowiem chodzi.

Muzyka i dźwięki w „American Conquest” trzymają średni poziom. Jeśli chodzi o tę pierwszą – jest ona miła dla ucha: podniosła, nastrojowa i klimatyczne – niestety, na okrągło leci kilka tych samych utworów. Jeśli zaś chodzi o dźwięki – o ile brzęk stali i odgłosy strzałów brzmią jak należy, o tyle odgłosy wybuchów zdają się być lekko nienaturalne.

„American Conquest” to gra bardzo dobra. Wszystkim miłośnikom gatunku ową produkcję niezmiernie polecam – i tym początkującym, i zaawansowanym – gdyż gra miewa zarówno momenty łatwiejsze, jak i trudniejsze. Gwarantuję, że „American Conquest” przykuje Was do monitora na bardzo długi czas.

Obrazek

Producent: GSC Game World/ CDV Software
Dystrybutor: Cenega Poland
Język gry: polski
Gatunek: strategia / RTS
Data premiery: 2003-02-07
Wymagania: Pentium III 1GHz, 256MB RAM, 32MB akcelerator 3D

Ocena: 7+/10

Dyskusja