Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Dobre dzieło, ze słabym zakończeniem – recenzja książki „Bezgłośna Klinga”

ISA zdążyła już nas przyzwyczaić do tego, że wydaje swoje książki bez szczególnego rozgłosu. Nie inaczej było z Bezgłośną Klingą autorstwa R.A. Salvatore’a, pierwszą częścią cyklu Ściezki Mroku, kolejnej serii o przygodach Drizzta i jego kompanii po Teatrologii Mrocznego Elfa.

Przyznam, że jeśli chodzi o czytanie książek z Forgotten Realms, to zawsze jestem sporo opóźniony – nie inaczej jest tym razem. Bezgłośną Klingę zacząłem czytać niemal po roku od jej polskiej premiery, nasłuchawszy sie wielu różnych opinii na jej temat.

Opinie na jej temat były bardzo różne; niestety w większości przypadków przeważały negatywne. Dlatego też zostałem mile zaskoczony, kiedy przebrnąłem przez pierwsze dwieście pięćdziesiąt kartek w zaledwie godzinę, niesamowicie pochłoniety lekturą. Salvatore w tej części skupił się bardzo na ukazaniu przygód Artemisa Entreri, i przez te pierwsze 250 stron miałem wrażenie, że Bezgłośna Klinga rozbita jest na dwa różne wątki, które już do ostatnich kartek będą rozdzielone i połączą się dopiero w kolejnych częściach cyklu. niemniej jednak początek czytało mi się bardzo przyjemnie.

Kolejną niecałe sto stron to już inna sprawa… ta końcówka książki przypomina już rzeczywiście charakterystyczny styl R.A. Salvatore’a. Charakterystyczny styl czyli taki, który nie budzi w czytelniku żadnych emocji. Ani pozytywnych, ani negatywnych, czytelnik po prostu czyta i wertuje kolejne kartki, sam jednak nie wie po co to robi. Czyli z polskiego na nasze – końcówka książki wieje nudą.

Salvatore rehabilituje się jednak w chwili, gdy dwa wspomniane wątki łączą się ze sobą i ma dojść do ostatecznego pojedynku między Drizztem Do’Urdenem a Artemisem Entreri. Ich walka została całkiem ciekawie przedstawiona, co się jendak okazuje, ma bardzo nieoczekiwane zakończenie.

Tak mniej więcej prezentuje się fabuła książki. Czas więc przejść do technicznej strony. Ksiązka liczy sobie trzysta czterdzieści stron, co generalnie jest już standardem jeśli chodzi o powieści z cyklu Forgotten Realms. Co do okładki – widać znaczną poprawę w stosunku do Teatrologii Dziedzictwo Mrocznego Elfa. W oczy rzuca się przede wszystkim nowe logo Forgotten Realms, które jednak nie pasuje zbytnio do okładki. Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, na początku książki jest zamieszczona mapka pozwalająca rozeznać się, w jakim obszarze Faerunu toczy się akcja.

Ale miały być czysto techniczne sprawy. Nie doszukałem się żadnych zgrzytów w tłumaczeniu; pan Kucharski po raz kolejny dobrze wywiązał się ze swojego obowiązku. O ile jednak tłumaczenie jest dobre, to redakcja woła o pomstę do nieba. W Bezgłośnej Klindze sporo jest literówek, błędów stylistycznych, a czasami nawet (choć na szczęście rzadko) ortograficznych.

Podsumowując, kolejna ksiązka o przygodach Drizzta przysporzyła mi sporej przyjemności w czytaniu. Jak już wspomniałem, niemal przez całą książkę autor pisze w bardzo ciekawym, odbiegającym od Dziedzictwa M.E., stylu. Całość psuje jednak zmarnowana końcówka książki i zła redakcja.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja