Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Egzamin z człowieczeństwa recenzja – „Blade runner”

„Blade runner” to jeden z tych tytułów, które każdy zwolennik fantastyki ambitniejszej, zawierającej w swej treści coś więcej niż tylko przygodową historię i klasyczny motyw drogi, po prostu znać musi. Choć dziś motywy zawarte w tej książce straciły dużo ze swej świeżości, za sprawą eksploatacji przez kolejnych pisarzy i coraz nowsze media, pytania, które Dick zadaje, wciąż nie doczekały się jednoznacznych odpowiedzi. I pomyśleć, że kiedy książka powstawała, w ojczyźnie pisarza mało kto wpadał na szalony pomysł, by traktować fantastykę jako metaforyczny sposób przekazywania poważnych treści.

Nośnikiem przesłania powieści jest postać Rick Deckarda. Ten łowca zbiegłych androidów staje przed zadaniem odnalezienia i zlikwidowania grupy humanoidalnych robotów najnowszego typu, praktycznie nieodróżnialnych od ludzi w sposób inny, niż przy pomocy specjalistycznych metod opartych na badaniu reakcji empatycznych. Gdyż tych androidy nie rozumieją i nie wykazują.

Misja ta okaże się dla Ricka przełomową. Obudzi wątpliwości, czy aby na pewno likwidacja wyrwanych spod ludzkiej kontroli robotów znajduje pełne moralne usprawiedliwienie, czy granice pomiędzy człowiekiem a technologicznym wytworem stworzonym na jego podobieństwo są tak wyraźne i jednoznaczne, jak się powszechnie uważa. Androidy wydają się jedynie pretekstem, jaskrawym tłem dla rozważań nad klasyfikacją ludzi pod względem stopnia człowieczeństwa. Jeśli za kryterium przyjmie się pozytywne emocje względem innych istot żywych – współczucie, empatię – co z tymi, którzy są ich w mniejszym lub większym stopniu pozbawieni?

Deckard w pewnym momencie odkrywa, że nie chce dalej wykonywać swojego zawodu. To jednak niczego właściwie nie zmienia. „Gwałt nad własną osobowością jest podstawowym warunkiem życia. W jakimś momencie musi to zrobić każda istota”. *

By nadać stworzonym realiom szerszy kontekst, Dick prowadzi narrację dwutorowo – częściej opisując poczynania Deckarda, czasem jednak śledząc postać, której obecność w powieści pozwala spojrzeć na wszystko niejako z perspektywy ściganych androidów. John R. Isidore, sam niebędący jednym z nich, zostaje silnie wplątany w losy zbiegów. Do pewnego momentu zdaje się nie mieć absolutnie nic przeciwko, gdyż jako specjal – człowiek, którego intelekt został wyraźnie zredukowany przez wszechobecny radioaktywny pył – nie postrzega świata w tak radykalnych kategoriach, jak pozostali ludzie. Taki stan rzeczy wynika również z pozycji specjali w wykreowanych przez Dicka realiach – pozbawieni możliwości emigracji na niedotknięte skażeniem planety, obejmowania ważnych stanowisk czy nawet posiadania potomstwa, nie mają wiele do stracenia.

Kolejnym, nie mniej istotnym elementem powieści jest świat, w którym przyszło żyć Deckardowi i Isidore’owi. Odmalowany z niezwykłą jak na książkę tych gabarytów pieczołowitością i dbałością o detale, przytłacza swą pustką. Ludzie, którzy zginęli w Ostatniej Wojnie Światowej, pozostawili po sobie puste mieszkania i stosy rupieci, chłamu zdającego się mnożyć, zagarniać dla siebie wciąż nowe przestrzenie. Ciszę przełamuje jedynie sztucznie radosny głos Przyjaznego Bustera dobiegający z telewizji lub radia, a dojmujące poczucie beznadziei – Wilbur Mercer, wspinający się niestrudzenie wciąż na to samo wzgórze oraz religijny kult, który wokół niego narósł. Ludzie stali się na tyle samotni, iż gotowi są płacić ogromne sumy pieniędzy za możliwość opieki nad zwierzęciem. Obojętnie, jakim – kiedy większość gatunków wyginęła, nie ma co wybrzydzać. Ponadto, posiadanie takiego podopiecznego stało się wyznacznikiem prestiżu i pozycji społecznej. Nieszczęśnicy, których na ten luksus nie stać, gotowi są kupować elektroniczne podróbki. I modlić się, by to nigdy nie wyszło na jaw.
Nie można również zapominać, że opiekowanie się zwierzęciem jest przejawem empatii, a ta z kolei wyznacznikiem człowieczeństwa. Podobną rolę pełni merceryzm, łączący swych wyznawców w czymś w rodzaju wspólnej świadomości, pozwalającej na współodczuwanie. „I pamiętam, że myślałam, o ile jesteśmy lepsi, o ile bardziej otwarci, kiedy przebywamy z Mercerem. Mimo bólu. Cierpimy cieleśnie, ale duchowo jesteśmy razem. Czułam wszystkich innych, na całym świecie, wszystkich, którzy zespalali się w tym samym czasie”. *

Obrazek

Cały ten przytłaczający wydźwięk swojej powieści Dick umiejętnie równoważy płynną narracją oraz wplecionymi tu i ówdzie przejawami absurdalnego humoru. U współczesnego czytelnika rozbawienie wywołają zapewne także elementy, które obecnie nazwać można nie tyle science, co retro fiction. Z przypadków niesprawdzania się przewidywań, o które pokusili się pisarze fantastyki naukowej wybiegającej w przyszłość, żartuje zresztą sam autor.
„Blade runner” jest powieścią błyskotliwą, wręcz wizjonerską, jej refleksyjny charakter w żadnym razie nie wyklucza wartkiej akcji. Świat stworzony przez Dicka żyje nie tylko w szerokim całokształcie, ale i w detalach. Trudno więc się dziwić, że książka zyskała status ponadczasowej i, mimo upływu czasu, wciąż znajduje kolejnych zwolenników.

* cytaty pochodzą z książki „Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka, wydanie z roku 2011 (Dom Wydawniczy Rebis), tłumaczenie: Sławomir Kędzierski, strony 204 i 198.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja