Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Amityville”

„Amityville” to nowa produkcja twórców słynnej „Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną”. Idąc na nią do kina, nie spodziewałem się czegoś specjalnie nowatorskiego. Ot, typowy horror klasy B, który garściami będzie brał z innych podobnych produkcji, dając niewiele od siebie. I miałem rację, bo w istocie tak jest. „Amityville” to film dobry, ale nie reprezentuje sobą nic, czego nie przyszło mi zobaczyć w podobnych obrazach.

Produkcja ta to nowa wersja horroru z 1979 roku. Opowiada o wydarzeniach, które miały miejsce naprawdę. 14 listopada 1979 roku Ronald de Feo, za namową dziwnych 'głosów' zastrzelił w nocy swoją rodzinę. W roku 1980 George i Kathy Lutzowie kupują dom, w którym miała miejsce zbrodnia i wprowadzają się do niego wraz z dziećmi w nadziei, że będzie to przyjemne i bezpieczne miejsce, idealne dla kilkuosobowej rodziny. Nic z tego. Już w kilka dni po wprowadzeniu, w rezydencji zaczynają dziać się bardzo dziwne rzeczy…

Tego typu produkcji było mi dane oglądać tak wiele, że nie jestem już w stanie wszystkich ich zliczyć. Wspomnę chociażby o niemłodym już filmie „Nawiedzony”, czy o produkcji „Siła Strachu”, której recenzję możecie zresztą w Bestiariuszu znaleźć. Każdy z tych filmów różnił się zaledwie kilkoma drobnymi szczegółami, podczas gdy sens pozostawał ten sam. „Amityville” to kolejna produkcja, w której mamy zły dom i jakąś siłę, która w owym domu się zagnieździła. Przyznam się bez bicia, że tego typu filmy, nawet jeśli mogę się po nich spodziewać tylko półtoragodzinnej rozrywki z wielokrotnie oklepanymi schematami, przyciągają mnie do kina jak magnes. Nie inaczej było z „Amityville”.

Do „Amityville” zatrudniono mało znanych aktorów, podobnie zresztą jak w przypadku „Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną”. Mimo to spisują się oni nienajgorzej. W ogóle nie mogę narzekać na grę Melissy George, która doskonale wcieliła się w rolę kochającej matki i wzorowej żony. Dużo słabiej spisał się jednak Ryan Reynolds, którego kinomani mieli okazję poznać między innymi w „Blade: Mroczna Trójca”. Zaczyna dobrze grać dopiero w drugiej połowie filmu, kiedy to 'głosy' zaczynają namawiać George’a Lutza to popełnienia podobnej zbrodni, jaka miała miejsce przed rokiem. Jeśli zaś chodzi o odgrywanie ojca-luzaka i dobrego męża, to nie zupełnie mu to nie wyszło. Trudno mieć za to pretensje do młodszych aktorów, którzy odegrali tu role dzieci państwa Lutz. Bardzo ładnie i naturalnie zagrali Jesse James oraz Jimmy Benett. Nieco gorzej poradziła sobie Chloe Moretz, której w udziale przypadła rola dziewczynki widzącej ducha Jodie (jednej z ofiar Ronalda DeFeo). Ogólnie rzecz biorąc, poziom gry aktorskiej w „Amityville” nie jest wyrównany – mamy do czynienia z dobrymi aktorami, jak i osobami, które muszą jeszcze wiele poćwiczyć, by próbować robić karierę w Hollywood.

Mimo schematyczności i momentami mocno przewidywalnej fabuły, „Amityville” cechuje się tym, czym powinien cechować się porządny horror – a mianowicie: klimatem. Mroczny nastrój produkcji utrzymuje się od momentu wyjawienia tajemnicy o historii domu, aż do ostatniej minuty. Po raz kolejny wspomnę o podobieństwie do „Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną”, w której owy klimat był bardzo podobny. „Amityville” miewa momenty, które są w stanie autentycznie przestraszyć widza . W kinie przyszło mi siedzieć w trzecim rzędzie, i autentycznie podskoczyłem w fotelu i straciłem dech w piersi w scenie, w której po raz pierwszy za George’em Lutzem pojawił się obrzydliwy, oślizgły potwór, przywodzący na myśl horrory Lovecrafta. Wstrzymałem też oddech, gdy przyszło mi patrzeć, jak duch Jodie ukazuje się na ekranie i wkłada palec w dziurę po śmiertelnej ranie. W tym przypadku trudno mi określić, która z emocji była silniejsza; strach czy obrzydzenie. W każdym bądź razie, te dwie sceny o których wspomniałem wywarły na mnie największe wrażenie. Tym bardziej, że były potęgowane przez dźwięk, który owo wrażenie podjudzał.

Nad udźwiękowieniem „Amityville” trudno się dłużej rozwodzić. Trzyma ono przwzwoity poziom, ale też nie powala na kolana. Jest takie, jakie powinno i poprawnie spełnia swoją rolę – podkreśla atmosferę grozy oraz nastrojowość.

Tak dużo piszę na temat zalet „Amityville”, a nie wspomniałem nic o wadach. No więc filmowi nic nie można zarzucić od strony technicznej – gdyż produkcję tę cechują poprawne dialogi, reżyseria, scenariusz, dźwięk i trochę nierówna gra aktorska. Poza tym mroczna atmosfera i klimat. Co zatem mi się nie podobało? Ano to, że wszystko już było. „Amityville” to zlepka wszystkiego co miałem okazję zobaczyć w innych podobnych produkcjach. Film bierze od nich garściami i widać to gołym okiem. Najbardziej produkcja kojarzy mi się z filmem „Inni” oraz „Siłą Strachu” – od tej drugiej czerpie naprawdę wiele, choć wcale nie jest powiedziane, że to zamierzony efekt: premiery”Siły Strachu” i „Amityville” dzielą raptem cztery miesiące. Niemal wszystko, co wykorzystano w tym filmie, można zobaczyć w innych, zbliżonych charakterem produkcjach. „Amityville” zrzyna w niezłym stylu – ale jednak zrzyna. W obrazie tym uświadczymy bardzo niewiele własnej inwencji twórców i śmiało można zarzucić mu absolutny brak oryginalności.

Ocena filmu „Amityville” nie jest sprawą prostą, gdyż film jest naprawdę dobry z technicznego punktu widzenia. Niemniej brak oryginalnych pomysłów to najpoważniejszy kłopot dzisiejszych horrorów, i nie można tego wybaczać. Byłaby ósemka, gdybym znalazł w filmie coś nowego i odkrywczego. A tak jest szóstka, z niewielkim plusem.

Reasumując – obejrzeć można, ale zagorzali fani horrorów mogą poczuć się zawiedzeni. Jeśli ktoś chce obejrzeć typowy film grozy o nawiedzonym domu, jakich ostatnimi czasy pełno, z tą różnicą, że ma nadzieję zobaczyć coś poprawnego technicznie – to „Amityville” będzie dobrym wyborem. Miłośnicy ambitniejszego kina grozy z pewnością się zawiodą.

Tytuł: Amityville
Tytuł oryginału: The Amityville Horror
Kraj: USA
Czas trwania: 89 minut
Premiera kinowa: 2005-07-22
Reżyseria: Andrew Douglas
Obsada: Ryan Reynolds, Melissa George, Jesse James, Jimmy Bennett

Ocena: 6/5

Dyskusja