Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Boogeyman”

Film „Boogeyman” od początku nie miał w sobie tego czegoś, czym mógłby mnie zaciągnąć przed duży ekran. Premiera obrazu miała miejsce trzeciego czerwca, podczas gdy ja dostałem go w swoje ręce dopiero w połowie listopada. Do kina nie wybrałem się, zniechęcony opiniami naszych forumowiczów oraz użytkowników serwisu Filmweb. Mimo to, produkcja ta ponoć bardzo dobrze sprzedała się w Stanach Zjednoczonych…

Tim wydawał się być przeciętnym dwudziestolatkiem, takim jak każdy inny. Dobrze wiodło mu się w pracy, był też szczęśliwy w związku z piękną Jessicą. Mimo to, od najmłodszych lat skrywał w sobie ogromny lęk. Gdy miał osiem lat, ojciec często czytał mu na dobranoc straszne historie. Zawsze jednak kończyły się one szczęśliwie tak, by chłopiec mógł spokojnie zasnąć. Pewnego wieczoru Tim jest świadkiem strasznego wydarzenia: jego ojciec zostaje wciągnięty do szafy za pośrednictwem jakiejś tajemniczej siły. Zdarzenie to na zawsze odcisnęło piętno na psychice chłopca. Od tamtego czasu, Tim żyje w ciągłym lęku, czy aby kiedyś także on nie stanie się ofiarą tytułowego Boogeymana…

Zacznę może od tego, że film miałem okazję oglądać w dość niecodziennych warunkach. Jak już wspomniałem, nie byłem na nim w kinie, nie wpadła mi też w ręce wersja DVD. Miałem nieprzyjemność oglądać ten obraz w formacie DivX, w nieprzejrzystej rozdzielczości i z nieprawidłowo opracowanymi polskimi napisami – stąd brak oceny w tej recenzji, bez sensu byłoby bowiem oceniać coś czego nie widziało się w pełnej krasie. Mimo, że oglądanie nie należało do najprzyjemniejszych także ze względów 'technicznych' – sądzę, że udało mi się uchwycić najważniejsze cechy filmu.

Przede wszystkim, „Boogeyman” to sztuczna i nienaturalna gra aktorska. Wśród obsady nie uświadczymy żadnych popularnych nazwisk (z wyjątkiem Lucy Lawless, znanej miłośnikom fantastyki z dość kiczowatego serialu 'Xena'), można powiedzieć, że pan Kay zatrudnił do gry amatorów. I niestety, ale widać to gołym okiem – bo poziom ich umiejętności zdaje się być naprawdę niewielki. Podobnie jest z muzyką – nie jest ona najgorsza, momentami buduje klimat tajemniczości (który jednak w większości przypadków po niedługim czasie gdzieś ginie), ale można było bardziej się postarać. Jak dla mnie, oprawa muzyczna „Boogeymana” pasowałaby bardziej do dramatu psychologicznego, aniżeli do obrazu, który ma być horrorem. Jeśli zaś chodzi o nastrojowość – w przypadku „Boogeymana”, trudno o czymś takim mówić. Obraz owszem, czasami powoduje przejście dreszczy po plecach, ale nic poza tym – nie spełnia głównego zadania horroru i nie straszy widza.

Podsumowując – „Boogeyman” to obraz właściwie nie warty oglądania. Drewniana gra aktorów, kiepska oprawa muzyczna, nielogiczności i kiepskawy scenariusz, w połączeniu z niemal całkowitym brakiem klimatu dają w rezultacie bardzo słaby film. Oceny nie wystawiam z racji tego, że przyszło mi ten obraz oglądać w dość niecodziennych warunkach i możliwe że co nieco przeoczyłem – jednak gdybym miał „Boogeymana” w tej chwili ocenić, to dostałby nie więcej niż tróję z długim minusem – w dziesięciostopniowej skali.

Tytuł: Boogeyman
Tytuł oryginału: Boogeyman
Kraj: USA / Nowa Zelandia / Niemcy
Premiera kinowa: 2005-06-03
Czas trwania: 89 minut
Reżyseria: Stephen T. Kay
Obsada: Barry Watson, Lucy Lawless, Skye McCole Bartusiak, Emily Deschanel

Ocena: 3/5

Dyskusja