Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Conan Barbarzyńca”

Młody Conan mieszka ze swoimi rodzicami w niewielkiej wiosce, gdzie odbiera nauki od ojca. Życie toczy się spokojnie, do czasu gdy wioskę najeżdżają wojownicy i wyrzynają wszystkich poza dziećmi. Matka Conana umiera na jego oczach, a miecz, który miał być przeznaczony dla dziecka trafia do rąk przywódcy grupy. Conan trafia do niewoli i pracuje niewolniczo wiele lat, do czasu gdy wykupuje go pewien człowiek i „kształci” na gladiatora. Wkrótce potężny wojownik, którym stał się Conan wyruszy aby poczuć wolność i odzyskać swoje przeznaczenie…

Co tu dużo mówić: „Conan Barbarzyńca” to film zarówno kultowy jak i wiele znaczący dla kina. Mało kto nie zna tego tytułu, mało kto nie pamięta, że głównego bohatera gra naczelny siłacz Hollywoodu – Arnold Schwarzenegger, którego kariera rozpoczęła się zresztą od tego filmu. Czego zaś się nie pamięta już, to np. tego, że scenariusz napisał Oliver Stone, że w filmie grał James Earl Jones (był głosem Dartha Vadera w „Gwiezdnych Wojnach”!) oraz Max von Sydow (postać legendarna, choć tutaj ma niewielką rolę). Reżyserią zajął się John Milius, który przed „Conanem” reżyserował „Czas Apokalipsy” oraz „Szczęki”, później zaś serial „Policjanci z Miami” oraz, dość niedawno, serial „Rzym”. Autorem muzyki (rewelacyjnej zresztą, o czym później) był Basil Poledouris (potem „Uwolnić Orkę”, „Hot Shots 2” oraz „Starship Troopers”).

Skoro wiemy, kto realizował film, przejdźmy do jego bezpośredniej oceny. Na początek zajmijmy się zdecydowanymi plusami filmu. Pierwszym, który należy moim zdaniem wymienić, to dobór aktorów. Choć większość z nich niewiele mówi, ich wygląd oraz gra jest właściwie bez zarzutu. Schwarzenegger co prawda wypada blado, ale właściwie dopóki nie mówi, jest bardzo przekonywający jako barbarzyńca. Okazuje się, że Conan wcale nie jest bezmyślnym rzeźnikiem, jak to zazwyczaj się o nim mówi, ale stać go na heroiczne czyny, twardość jego charakteru zaś to immanentna cecha tej postaci, a nie po prostu brak inwencji autora powieści (Robert E. Howard). Co prawda zbyt wiele dobrego aktorstwa nie uświadczymy, ale nikt nie spada poniżej pewnego, dość dobrego w zasadzie, poziomu.

Wrażenie robi też ilość statystów zatrudnionych do filmu, co widać najlepiej w scenach z wyznawcami Thulsa Doom’a. To rok 1982, efektów specjalnych na taką skalę jeszcze nie ma, a jednak udaje się okazać ogrom sekty „głównego złego”.

Plusem zdecydowanym i zupełnie bezdyskusyjnym jest muzyka. Dobrze zgrana z filmem, doskonale skomponowana i porywająca lub uspokajająca, w zależności od sytuacji. Pełna motywów, które zapadają w pamięć (głównie chóry) oraz dobrze pasująca klimatem. Co tu dużo mówić – słuchanie tej ścieżki dźwiękowej poza filmem sprawia wiele przyjemności.

Dobór lokacji także jest dobry. Bitwa wśród ruin na wzgórzach lub wspinaczka po wieży w mieście wyglądają świetnie, a i reszta krajobrazów z filmu nie budzi zastrzeżeń. Jedyna uwaga to praca kamery – nie jest niczym rewelacyjnym, więc nie wykorzystuje do końca potencjału miejsc, w których toczy się akcja. Szkoda.

W poczet minusów nie mogę oczywiście zaliczyć efektów specjalnych. Jak na swój czas są one dobre, choć nie porywają. Niektóre momenty są wręcz bardzo dobre nawet dzisiaj – chociażby duchy, które chcą zabrać duszę Conana wyglądają klimatycznie. Jednak film nie jest pozbawiony wad, o czym właśnie teraz.

Mówiłem, że Schwarzenegger dobrze wygląda jako Conan i nadal tego się trzymam. Jednak dźwięki, jakie wydaje z siebie, szczególnie wtedy, gdy np. siłuje się ze swoim pierwszym wrogiem jako gladiator lub później, gdy po prostu zostaje ranny są śmieszne! Te stęknięcia brzmią jak płacz dziecka, a nie okrzyk bólu potężnie zbudowanego wojownika! Było to zabawne, nie powiem.

Trochę przesadzone też są niektóre sceny seksu (których trochę jest w filmie), szczególnie ta rozgrywająca się w domu czarownicy. Biedna była kobieta, przygnieciona takim wielkim cielskiem, ale sceny te nie mają w sobie po prostu żadnej wartości. Można by je ominąć i film nic by nie stracił. Choć niektórym obnażonym w filmie kobietom nie można odmówić urody, to jednak nie jestem zwolennikiem ukazywania seksu, gdy nie jest to konieczne.

Walki wyglądają momentami mało realistycznie. Widać wręcz, że bohater nie trafia pięścią we wroga, a przelatuje ona po prostu przed twarzą przeciwnika. Jest parę momentów gdzie ciosy, zadane tak, że nie mogłoby trafić dochodzą do celu, na dodatek np. odcinając część ciała ofierze. Dość kiepskim pomysłem jest też sposób, w jaki Thulsa Doom strzela z łuku. Przypomnę – „wyprostowuje” on węża i zakłada go jak strzałę na cięciwę. Jest to do przyjęcia, ale jednak każdy plus minus zorientowany w temacie łucznictwa wie, że byłoby to niewykonalne. Mnie osobiście brakuje też dłuższych pojedynków – wymiany ciosów pomiędzy dwoma postaciami. Rzadko zdarza się, aby ktoś parował tu ciosy, a jeśli już, to zazwyczaj dość nieumiejętnie.

Cóż mogę rzec na zakończenie? Wstyd nie znać tego filmu – jest to klasyka kina fantasy i bodajże pierwszy film tego typu w ogóle. Choć gatunek ten nie zdobył popularności, myślę że warto sobie przypomnieć „Conana Barbarzyńcę”. Mnie przypomnienie bardzo dobrze zrobiło.

PLUSY:
– dobór aktorów
– ilość statystów
– muzyka!
– lokacje
– klimat
MINUSY:
– „dźwięki” Conana
– odrobinę przesadzone sceny seksu
– średnia walka
– parę głupotek związanych z walką

Tytuł: Conan Barbarzyńca
Tytuł oryginału: Conan the Barbarian
Reżyseria: John Milius
Scenariusz: John Milius , Oliver Stone
[b] Muzyka:
Basil Poledouris
Data premiery: 1982-03-15 (Świat)
Czas trwania: 129 minut
Kraj: USA
Obsada: James Earl Jones, Max von Sydow, Sandahl Bergman, Arnold Schwarzenegger, Garry Lopez

Ocena: 7/5

Dyskusja