Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Constantine”

Wieść, że do polskich kin wejdzie „Constantine”, film będący ekranizacją słynnego komiksu „Hellblazer” przyjąłem z wątpliwą satysfakcją. Nigdy nie miałem okazji wnikliwie poznać pierwowzoru, jednak ogólny wgląd reżysera na poczynania Johna Constantine’a znacznie odbiegał od tego zaproponowanego w historiach obrazkowych. Obawiałem się, że obraz na który wydano wiele milionów dolarów, będzie w gruncie rzeczy produktem nie wartym uwagi. Jak się okazało, moje obawy były jak najbardziej na miejscu. Bo „Constantine” jest filmem znacznie słabszym, niż tego po nim oczekiwałem.

John Constantine urodził się z niechcianym darem. Potrafił z łatwością rozpoznawać potomstwo aniołów i demonów, chodzących po ziemi, będących w osłonie ludzkiego ciała. Nadnaturalne wizje spowodowały, że Constantine popełnił samobójstwo. Został jednak wbrew swej woli przywrócony do życia. Mimo to, piętno samobójcy spoczęło na nim na zawsze. W celu uzyskania zbawienia, wędruje po materialnym świecie i odsyła piekielny pomiot tam, gdzie jego miejsce – z powrotem w Otchłań. Walka pomiędzy niebem a piekłem toczy się na ziemi. Bóg i szatan toczą grę, w której stawką są ludzkie dusze.

Keanu Reeves, który gra tutaj główną rolę, na zawsze chyba pozostanie w pamięci kinomanów jako Neo z Matrixa. W „Constantine” spisuje się nieporównywalnie gorzej niż w produkcjach braci Machowskich. Może i nie wypada tragicznie, ale mógłbym wymienić wiele scen, w których jego gra jest delikatnie mówiąc, 'nieprzekonywująca'. Podobnie jest z Rachel Weisz, której w udziale przypadła rola Angeli Johnson. Jej nienajlepszy występ w „Constantine” był dla mnie pewnego rodzaju zaskoczeniem, tym bardziej, że całkiem niedawno aktorce tej przyznano nagrodę Złotego Globa za rolę w filmie „Wierny Ogrodnik”, a sześć lat temu Saturna, po tym, jak zagrała w „Mumii”. Tutaj mimo wszystko pokazała się od słabszej strony. Nie da się tego natomiast powiedzieć o genialnej Tildzie Swinton – którą pół roku po premierze „Constantine’a” mogliśmy podziwiać w „Opowieściach z Narnii”, gdzie wcieliła się w Białą Czarownicę. W filmie Francisa Lawrence’a odegrała archanioła Gabriela. W ekranizacji „Hellblazera” bohatera tego nie można jednak uznać za miłującego Pana Boga świętoszka, mimo iż jest wysłannikiem Najwyższego. Trudno też w jakikolwiek sposób przyczepić się do Petera Stormare’a, który zagrał Szatana. Odziany w białe szaty (aby zadrwić z Boga) Władca Piekieł prezentuje się naprawdę bardzo dobrze zarówno pod względem charakteryzacji, jak i umiejętności aktorskich, których nie sposób Szwedowi odmówić. Szkoda, że zarówno Szatana, jak i archanioła Gabriela możemy oglądać jedynie przez krótką chwilę i to dopiero tuż przed napisami końcowymi. Zdecydowanym minusem są natomiast postacie drugoplanowe, które zostały tutaj potraktowane trochę po macoszemu. Wielu ciekawych bohaterów pojawia się w filmie tylko po to, by po kilku minutach zginąć z rąk demonów. Skutek tego jest taki, że owi bohaterowie pozostawają obojętni widzowi, a sceny z ich udziałem obserwuje się bez większych emocji.

Oprawa dźwiękowa „Constantine’a” jest bardzo przeciętna. W trakcie seansu przygrywało kilka całkiem przyjemnych dla ucha melodii, jednak żadna z nich nie zapadła mi w pamięć w takim stopniu, bym mógł ją teraz zanucić. W każdym bądź razie, najciekawszym utworem, jaki przyszło mi słuchać podczas oglądania filmu, jest ten odtworzony tuż przed końcowymi napisami. Lekko rockowy, solidny kawałek, który w przyzwoity sposób kończy obraz.

Na osobny akapit z pewnością zasługują efekty specjalne w „Constantine”. Film Lawrence’a miał w swoich zamierzeniach reprezentować kino akcji, nic więc dziwnego, że położono na nie duży nacisk. Po tym, co przyszło mi oglądać w „Wojnie Swiatów”, „Harrym Potterze” oraz „Władcy Pierścieni” uświadomiłem sobie, że chyba nic już nie zdoła mnie zaskoczyć na tym polu. I słusznie, bowiem efekty specjalne w „Constantine” prezentują się naprawdę dobrze, porównywalnie z tymi, które mogliśmy podziwiać we wspomnianych przeze mnie obrazach. Demony, z którymi egzorcyście Constantine przyszło się uporać, zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. O ile wiele ciepłych słów da się powiedzieć o ich wyglądzie oraz wykonaniu, o tyle walki z nimi to istne arcydzieło. Na szczególną uwagę zasługuje starcie Constantine’a oraz jego młodego pomocnika w sali szpitalnej, pośród kapiącej zewsząd święconej wody. Niestety, był to chyba jedyny moment w ciągu całych tych dwóch godzin projekcji, który naprawdę przykuł moją uwagę. Złośliwi stwierdzą zaraz, że jestem miłośnikiem kinowej sieczki – otóż nic bardziej mylnego. „Constantine” to obraz, który naprawdę potrafi widza znudzić.

Trochę dobrego można powiedzieć na temat zdjęć. Jeff Cutter, który jest ich autorem, wykonał kawał solidnej roboty. Uwagę przyciągają zwłaszcza ujęcia znad głowy bohatera (zupełnie, jakbyśmy grali w pierwszą część GTA :)), ale nie tylko. Doskonale bowiem nakręcono wszelkie potyczki i sceny walk. Jeśli natomiast chodzi o 'spokojniejsze' momeny, to również nie można narzekać. Dobre wrażenie robi też scenografia. We wspaniały sposób ukazano tutaj piekło – spowite ogniem i popiołem, niezmierzone pustkowia, po których błądzą demony, diabły oraz legiony potępionych. Za samą wizję królestwa szatana dałbym twórcom Oscara. Nieba niestety w filmie nie zobaczymy, autorzy przeniosą nas za to do Miasta Aniołów. Przez krótką chwilę będziemy mogli oglądać je nocą z lotu ptaka. Doprawdy, imponujący widok, choć z drugiej strony podobny bajerek zaserwowali nam jakiś czas temu twórcy „Daredevila”.

Słowem podsumowania, „Constantine” to film wybitnie przeciętny. Liczyłem na kawał solidnego kina akcji, które jednocześnie będzie dobrą ekranizacją komiksu, ale przeliczyłem się. Przeciętna gra aktorów, nieco pokręcony scenariusz oraz taka sobie muzyka to najpoważniejsze niedociągnięcia obrazu. Nie ratują tego nawet dobre zdjęcia, doskonała scenografia i niezgorze efekty specjalne. „Constantine” to film, który można obejrzeć, bo porażką na całej linii nie jest. Tylko po co? Po co patrzeć na coś, co zapowiadało się nad wyraz dobrze, ale efekt końcowy to kolejne przeciętne filmidło, nie wybijające się spośród wielu innych Hollywoodzkich produkcji?

Tytuł: Constantine
Tytuł oryginału: Constantine
Kraj: Niemcy, USA
Czas trwania: 121 minut
Data premiery: 2005-02-11
Rezyseria: Francis Lawrence
Obsada: Keanu Reeves, Rachel Weisz, Shia LaBeouf, Dijmon Hounsou, Max Baker

Ocena: 5/5

Dyskusja