Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Dom 1000 Trupów”

„Dom 1000 Trupów” wpadł w moje ręce dzięki koledze z klasy, który nabył go wraz z jednym z numerów magazynu CKM. Początkowo nie chciałem go oglądać, okładka bowiem nie była zbyt zachęcająca (sugerowała, że będę miał do czynienia z komediohorrorem), znajomy jednak polecił mi się z obrazem zapoznać argumentując, że jemu film się spodobał. Pożyczyłem więc płytkę w nadziei, że w przyjemny i niezbyt męczący sposób spędzę sobotni wieczór. Niestety, przeliczyłem się. „Dom 1000 Trupów” to kicz, jakich mało!

Zacznę może od fabuły… przede wszystkim, przedstawia się ona bardzo standardowo. Grupa znajomych jeździ sobie beztrosko po całym kraju i niby przypadkiem trafia do nietypowego przydrożnego baru. Ekspedient wygląda dość niecodziennie: z jednej strony przypomina chodzącego trupa, z drugiej zaś klauna. Podróżni dowiadują się od niego o niejakim Doktorze Satanie, okolicznym seryjnym, nieuchwytnym mordercy. Nastolatkowie postanawiają się zabawić i zajeżdżają do miejsca, w którym ponoć Doktor Satan rezyduje. Na miejscu wita ich młoda, urocza blondynka i zaprasza do środka. Nastolatkowie zdają sobie sprawę, że wdepnęli w głębokie, śmierdzące G, z którego czym prędzej będą musieli się wydostać.

„Dom 1000 Trupów” cechuje bardzo słaba gra aktorów. Większość z nich sprawia wrażenie sztucznych i nienaturalnych, przez co oglądanie ich na ekranie to czysta nieprzyjemność. Zarówno czworo nastolatków, jak i mieszkańcy rezydencji Doktora Satana grają ‚jakby chcieli, a nie mogli’. Wyjątek stanowi tu wspomniany klaun, który już w pierwszych minutach projekcji budzi mieszane uczucia – nie wiadomo, czy koleś ma śmieszyć, czy straszyć. Dopiero gdy na jaw wychodzi, że film jest raczej komedią, aniżeli horrorem, można dojść do wniosku, iż klaun pokazuje się w obrazie od jak najlepszej strony. „Dom 1000 Trupów” pełen jest także dość specyficznego humoru, który nie wszystkim musi przypaść do gustu. Mnie przypadł, i w czasie projekcji na mojej twarzy niejednokrotnie malował się uśmiech – jednak tylko uśmiech, gdyż gwałtownych wybuchów śmiechu „Dom 1000 Trupów” nie zdołał u mnie spowodować.

Jedyną rzeczą, która w pewnym stopniu ratuje film to oprawa dźwiękowa. Jeżeli ktoś słucha Rob Zombie, to będzie w siódmym niebie. Pełno tu solidnych, rockowych kawałków, które były mi znane jeszcze przed obejrzeniem obrazu. Szkoda jednak, że oprawa muzyczna to jedna i jedyna rzecz godna uwagi w tej produkcji. Bo w gruncie rzeczy, „Dom 1000 Trupów” to ani horror, ani komedia. Horrorem nazwać się tego po prostu nie da – natomiast komedią tak, pod warunkiem, że nikomu nie będzie przeszkadzało, iż śmieszy ona tylko w pierwszych dziesięciu minutach. Później to już tylko i wyłącznie krwawa sieczka, która przypadnie do gustu tylko osobom, które czują w sobie głęboką potrzebę wybudzenia w sobie sadystycznych popędów…

Reasumując, „Dom 1000 Trupów” to film, którego oglądać nie warto. Słaba gra aktorów, banalny scenariusz, nienajlepsza reżyseria oraz szereg innych potknięć i niedociągnięć czynią tę produkcję jedną z najgorszych, jaką miałem okazję w tym roku zobaczyć.

Tytuł: Dom 1000 Trupów
Tytuł: House of 1000 Corpses
Reżyseria: Rob Zombie
Scenariusz: Rob Zombie
Muzyka: Tommy Ramone, Lionel Richie
Data premiery: 2004-06-17 (Polska) , 2003-03-13 (Świat)
Czas trwania: 89 minut
Kraj: USA
Obsada: Bill Moseley, Chuck Aronberg, Jeanne Carmen, Sheri Moon

Ocena: 1/5

Dyskusja