Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Dom na przeklętym wzgórzu”

Nawiedzone domy to idealny, zdawałoby się, materiał na nakręcenie horroru. Nawet jeśli niektórzy twierdzą, iż został on już wyeksploatowany do granic możliwości, to reżyserzy najwyraźniej się tym nie zrażają i kręcą coraz to kolejne filmy o opuszczonych rezydencjach, w których działają nadprzyrodzone siły. Wystarczy wspomnieć choćby o „Boogeymanie”, „Nawiedzonym” czy „Amityville”. W moje ręce natomiast wpadł niedawno „Dom na Przeklętym Wzgórzu”, będący remakiem filmu z 1959 roku. Liczyłem, że przyjdzie mi obejrzeć dobry technicznie, trzymający w napięciu horror. Niestety, zawiodłem się. „Dom na przeklętym wzgórzu” to film, nie boję się tego powiedzieć, słaby.

Historia rozpoczyna się 11 października 1931 roku. W jednym z amerykańskich zakładów dla chorych psychicznie szalony doktor, Richard Benjamin Vannacut, torturuje jednego ze swoich pacjentów. Nagle zaczyna się dziać coś niedobrego. Pacjenci szpitala wydostają się ze swoich cel, niszcząc wszystko na swojej drodze i mordując personel szpitala. Włącza się alarm i zostają zamknięte wszystkie wyjścia z budynku. Wzniecony przez pacjentów pożar spala wszystkich i wszystko.
W latach dziewięćdziesiątych pewien amerykański biznesmen wpada na pomysł zorganizowania konkursu. Wybiera pięć osób, które mają spędzić noc w tym, co pozostało z niegdysiejszego szpitala psychiatrycznego. Zobowiązuje się oddać milion dolarów każdemu, kto przeżyje do rana. W wypadku gdyby ktoś zginął, jego gaża zostaje rozdzielona między pozostałych przy życiu członków zabawy. Gospodarz zamontował w szpitalu parę urządzeń, mających uprzykrzyć gościom pobyt, jednak okazuje się to zbędnym wydatkeim. Dom ma bowiem własne plany wobec imprezowiczów.

Fabuła wydaje się interesująca. Wprowadza nas do niej ciekawe intro, w którym ukazane są tortury doktora Vannacuta i katastrofa, jaka pewien czas później miała miejsce w szpitalu. Do momentu, kiedy owe intro się kończy, film prezentuje nawet jakiś klimat. Świetna gra świateł, ogólnie bardzo dobra scenografia, podkład dźwiękowy… wszystko to pozwalało mieć nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej. Nadzieja ta jednak okazała się złudna.

Co więc można filmowi zarzucić? Bardzo wiele. Przede wszystkim, gra aktorska. W obsadzie znajdują się osoby nie będące gwiazdami hollywoodu, co w sumie byłoby plusem, gdyby nie to, że grają one nad wyraz sztucznie i nieprzekonywująco. Najsłabiej moim zdaniem wypadł Geoffrey Rush. Sposób jego gry oraz poniekąd sam wygląd sprawia, że aktor ten bardziej nadawałby się do komedii aniżeli filmu, który w swoich zamierzeniach ma być horrorem. Nieźle natomiast spisał się Taye Diggs. Ten czarnoskóry aktor bez wątpienia ma talent. Jeśli dalej będzie grał tak jak w „Domu na Przeklętym Wzgórzu”, czy wyprodukowanym jakiś czas później „Equilibrium”, to z pewnością ma przed sobą świetlaną aktorską przyszłość.

Oprawa dźwiękowa i muzyczna trzyma średni poziom. W trakcie oglądania filmu pojawiają się czasem wstawki, mające podbudować napięcie lub je ostudzić, jednak nie zawsze brzmią one tak jak powinny. Muzyka jest całkiem nienajgorsza. Oglądając „Dom na przeklętym wzgórzu” miałem okazję posłuchać kilku przyjemnych dla ucha kawałków. Najlepsze wrażenie zrobił na mnie końcowy utwór. „Sweet Dreams”, dość specyficzne, ciężkie dzieło Marilyna Mansona. Nieczęsto zdarza się, by motywem przewodnim w jakimkolwiek horrorze zostawał solidnie wykonany, hardrockowy kawałek, więc moje zadowolenie było tym większe.

Kilka ciepłych słów należałoby rzec o oświetleniu oraz scenografii. Ciemne, pełne kurzu korytarze, spopielone ludzkie zwłoki, zardzewiałe metalowe urządzenia… wszystko to powoduje, że ciarki mogłyby przejść widza po plecach. No właśnie, mogłyby. Mogłyby, lecz nie przechodzą. Oglądając dzieło Malone’a nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że patrzę raczej na komedię niż na horror. Być może co niektórzy stwierdzą, iż mówię to bezpodstawnie. I słusznie. Sam bowiem nie wiem dlaczego, ale „Dom na przeklętym wzgórzu” wydał mi się bardziej komiczny, niż to dopuszczalne. Może to za sprawą zabawnego wizerunku Geoffrey’a Rusha? Może dzięki zakrawającemu o śmieszność wątku miłości/nienawiści (niepotrzebne skreślić) między Price’em a jego żoną Evelyn? Nie mam pojęcia. Tak czy inaczej, ja nie odebrałem „Domu na przeklętym wzgórzu” tak, jak powinienem odbierać film grozy.

Jaki więc jest ostateczny werdykt? Moim zdaniem, „Dom na przeklętym wzgórzu” to film słaby. Nie ma w nim właściwie nic, co przykułoby widza na dłużej do ekranu. Obrazowi Malone’a brakuje tego, co powinno cechować każdy dobry horror, a więc nastroju, pewnego niepowtarzalnego, specyficznego klimatu. W takiej sytuacji nie mogę wystawić oceny wyższej niż 4 z niewielkim plusem.

Tytuł: Dom na Przeklętym Wzgórzu
Tytuł oryginału: House on Haunted Hill
Kraj: USA
Czas trwania: 96 minut
Premiera kinowa: 1999-10-27
Reżyser: William Malone
Obsada: Geoffrey Rush, Famke Janssen, Taye Diggs, Peter Gallagher, Chris Kattan

Ocena: 4/5

Dyskusja