Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Doom”

„Doom”. Dla niektórych osób jest to angielskie słowo, które po polsku tłumaczymy jako ‚los’, ‚przeznaczenie’ lub w drugorzędnym znaczeniu ‚skazywać’. Dla innych natomiast jest to tytuł wspaniałej gry komputerowej. Gry, która jako jedna z pierwszych dawał graczowi możliwość oglądania wirtualnego świata z perspektywy pierwszej osoby. „Doom” doczekał się trzech części… a jego ekranizacja wchodzi na ekrany kin w dwa lata po premierze „Doom III”.

Fabuła „Dooma” jest bardzo prosta. W roku 2145 na jednym z księżyców Marsa, w tajnym ludzkim laboratorium pewien eksperyment zakończył się fiaskiem. Od tamtego czasu w jedynej marsjańskiej ostoi ludzkiej zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Na miejsce przybywa amerykański oddział specjalny, który musi poradzić sobie z hordami przerażających stworów, które zalęgły się w marsjańskim laboratorium.

Zacznę może od tego, że reżyserem filmu jest nasz rodak. Andrzej Bartkowiak, bo o nim mowa, zdążył już wziąć udział w wielu ciekawych przedsięwzięciach. Jego filmy co prawda nie zbierały pochlebnych opinii krytyków („Od kołyski aż po grób”, „Romeo Musi Umrzeć”, „Mroczna Dzielnica”), ale jeśli chodzi o zdjęcia, to stanowi on klasę samą w sobie (między innymi „Zabójcza Broń 4”, „Adwokat Diabła”, „Plotka”, „Książe Wielkiego Miasta”). Przyznam, że ekranizacją „Dooma” interesowałem się w dużym stopniu z powodu pana Bartkowiaka. Byłem ciekaw, czy powierzone mu zadanie wykona tak jak powinien i tak, jak chcieliby tego widzowie. Dziś, po zapoznaniu się z obrazem mogę powiedzieć, że ekranizacja jest udana.

Reżyser zatrudnił do filmu dość niepewną, moim zdaniem, obsadę. Żaden z grających w „Doomie” aktorów nie był mi wcześniej znany, mimo iż kilku z nich ma już za sobą dość bogaty dorobek filmowy. Pomimo moich obaw, większa część obsady spisała się bardzo dobrze. Aktorzy wcielają się w swoich bohaterów z przekonaniem i naturalnością, a dzięki temu oglądanie ich gry staje się prawdziwą przyjemnością.

Lwia część budżetu wyłożonego na film została przeznaczona na efekty specjalne. A jeśli o nie chodzi, to nie sposób obrazowi czegokolwiek zarzucić. „Doom” pełen jest efektownych strzelanin i walk. Bohaterowie używają futurystycznych broni (w końcu mamy rok 2145), co jeszcze potęguje wrażenie. Świetnie wyglądają wybuchy, oraz wystrzały z pewnej ogromnej, choć wyglądającej trochę ‚gumowo’ broni, którą w pewnym momencie będzie posługiwał się jeden z bohaterów filmu. Dla urozmaicenia, przyjdzie nam oglądać też jedną, choć trwającą nieco krótko walkę wręcz, która również została zrealizowana bez zarzutu. Jeśli zaś idzie o potwory, to uświadczymy ich w filmie dużo i na szczęście wyglądają tak, jak powinny. Osoby, które miały przyjemność grać w jakąkolwiek część „Dooma”, poczują się tu jak w domu, bowiem bestie zostały stworzone na podstawie komputerowych odpowiedników. Są taki jak być powinny, to znaczy brzydkie, obleśne, krwiożercze – a przy tym budzące grozę i niepokój.

O tym, że Andrzej Bartkowiak jest specem od robienia zdjęć, już mówiłem. Nic dziwnego więc, że nie pozwolił, by pod tym względem film był słaby czy chociażby przeciętny. Zdjęcia w „Doomie” prezentują się po prostu dobrze, gdyby nie pewien drobny mankament. Mam na myśli około 3-minutową scenę, którą oglądamy oczami bohatera. Tak, chodzi mi o widok FPP, ten sam, jaki można było zobaczyć w trailerze filmu. Ujęcie to zostało zrealizowane doprawdy wspaniale i to właśnie jemu jest poświęcone jedno z oczek w mojej ocenie filmu. Całość została poprawnie wpleciona w fabułę – nie jest to tak, że nagle kamera zmienia położenie i hurra… i bardzo dobrze, dzięki temu twórcy w należyty sposób ‚oddali hołd’ grze.

Oprawa dźwiękowa prezentuje odpowiedni poziom. Większość muzyki jaką słyszymy, to ciężkie, hardrockowe lub podchodzące pod metal kawałki. To w sumie dobrze – widać reżyser wie, jaki rodzaj muzy najbadziej pasuje do filmu, i jaki z rodzajów muzyki jest najlepszy w ogóle. Tak czy siak, kawałki wpasowują się w film bez zarzutów, są odtwarzane w odpowiednich ku temu momentach (najczęśćiej podczas walk, których w „Doomie” jest na pęczki). Co zaś się samych dźwięków tyczy – o dziwo nie zwróciłem na nie większej uwagi, a to może jedynie oznaczać, że są całkiem normalne – żadnych cudów nie uświadczymy, ale z pewnością nie jest też najgorzej.

Jeśli chodzi o klimat „Dooma”… sądzę, że udało się tu utrzymać nastrój panujący podczas gry, jednak czegoś tu mimo wszystko brakuje. Film może wzbudzić klaustrofobię, to znaczy akcja dzieje się zazwyczaj w ciemnych, zamkniętych pomieszczeniach i praktycznie wcale nie wydostaje się na otwartą przestrzeń. Taka sama była jednak gra, a „Doom” to w końcu jej ekranizacja, a więc nie można się do tego przyczepić. Złośliwi mogą powiedzieć, że „Doom” jest trwającą dwie godziny sieczką… i częściowo będą mieli rację. Obraz bowiem nie zmusza do żadnych głębszych przemyśleń, a całą jego esensją są starcia między ludźmi a bestiami. To kolejny ukłon w stronę gry. Niestety, wszystko to jest właściwie identyczne jak w pierwszej częśći „Resident Evil” – coś się stało w jakimś tam laboratorium, ktoś tam wysyła jakiś tam oddział żeby coś zbadał, i zaczyna się rąbanka. Gołym okiem widać, że Andrzej Bartkowiak postawił na efekty i dobrą zabawę u widza, po macoszemu zaś potraktował tło fabularne. Czy jest to złe rozwiązanie? Trudno powiedzieć. Jednym się to spodoba, inni zapewne będą zgrzytać zębami…

Iść więc do kina, czy nie iść? Oto jest pytanie… no cóż, powiem tak – wychodząc z sali byłem przekonany, że nie postawię „Doomowi” oceny wyższej niż 4/10. Kiedy jednak wróciłem do domu, zaparzyłem sobie herbatę, siadłem przy biurku i chwyciłem długopis do ręki – z zaskoczeniem przyznałem, że „Doom” to techniczny majsterszyk i do niewielu rzeczy można się przyczepić. Doszedłem do wniosku, że moje zniesmaczenie po wyjściu z kina powodował fakt, iż oczekiwałem produkcji, która na tle innych ekranizacji gier będzie wybijała się porządną fabułą. Niestety, tak się nie stało – „Doom” to kolejna ekranizacja stawiająca na efekty specjalne i mocne wrażenia, nie zmuszająca widza do myślenia. A szkoda. W takim razie odpowiedź na pytanie zadane w tym akapicie brzmi: tak, jeśli szukasz tylko i wyłącznie rozrywki. W przeciwnym wypadku możesz się srodze zawieść.

Tytuł: Doom
Tytuł oryginału: Doom
Kraj: USA
Premiera kinowa: 2005-10-21
Reżyseria: Andrzej Bartkowiak
Obsada: Karl Urban, Ben Daniels, Razaag Adoti, Dexter Fletcher

Ocena: 7/5

Dyskusja