Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Dracula: Książę Ciemności”

Christopher Lee to moim zdaniem bardzo dobry aktor. A jaki płodny! Tylko w roku 1966, gdy powstawał „Drakula: Książę ciemności”, Lee grał w pięciu różnych filmach. Jego dorobek naprawdę robi wrażenie: w ciągu blisko 60 lat kariery aktorskiej grał w blisko 230 produkcjach, w tym dziesięciu o Drakuli!

Jego obecność w tym filmie była jednym z głównych powodów, dla jakich zdecydowałem się go sobie nagrać. Były jednak jeszcze dwa inne powody. Po pierwsze, to produkcja słynnego studio Hammer Films. Po drugie – to stary horror, a od pewnego czasu mam słabość do starych horrorów ;).

Fabuła jest jak na film o Drakuli całkiem oryginalna – zaczyna się od tego, że Drakula ginie!

W dziesięć lat później w Karpaty przyjeżdża czwórka angielskich turystów – bracia Alan i Charles Kentowie wraz z żonami – Dianą i Helen. Są doświadczonymi podróżnikami, mają zamiar chodzić po górach i podziwiać krajobrazy. W gospodzie spotykają ojca Szandora, opata pobliskiego klasztoru. Ten ostrzega ich, by zaniechali swych planów. Gdy odmawiają, prosi by przynajmniej omijali z daleka zamek…

Niestety, nasi Anglicy nie słuchają zdziwaczałego mnicha. Gdy stają przed perspektywą spędzenia nocy w lesie, wolą zamiast tego udać się do zamku. Lawina wypadków powoli rusza…

Reszty fabuły nie zdradzę, by nie odbierać widzom momentów zaskoczenia. Zapewniam jednak, że fabuła skonstruowana jest sprawnie i trudno nudzić się choćby przez chwilę. Mnie film bardzo wciągnął, a gdy się skończył byłem zaskoczony, że te półtorej godziny zleciało tak błyskawicznie.

Wyobrażenie wampira jest tradycyjne – silny mężczyzna w kwiecie wieku, okryty czarnym płaszczem. Oczywiście ranią go – tradycyjnie – słońce, krzyż i kołek wbity w serce. Co ciekawe, z listy usunięto czosnek, a dodano bieżącą wodę. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy tu do czynienia z dobrym, starym Drakulą – bez zbędnych kombinacji widocznych w nowszych filmach. Porządna, tradycyjna walka Dobra ze Złem – oto szkielet tego filmu.

Grze aktorów nie mam nic do zarzucenia. Trzeba oczywiście wziąć poprawkę na czas powstania filmu – czasy „scream queens”. Role kobiece polegają głównie na wrzeszczeniu ze strachu w odpowiednich momentach… A także traceniu przytomności i zamienianiu się w wampiry. By nie zdradzić mimochodem całej fabuły napiszę tylko, że warto patrzeć na Barbarę Shelley. Nie tylko dlatego, że jest ładna.

Warto też zwrócić uwagę na role surowego i nieco zdziwaczałego ojca Szandora (Andrew Keir) oraz szalonego Ludwiga (Thorley Walters). Tym aktorom naprawdę trudno jest nie uwierzyć!

Christopher Lee, choć przez cały film nie wypowiada ani słowa, odciska na filmie swoje piętno. Jest naprawdę mroczny i demoniczny, a jego twarz jest chyba najważniejszym, co tworzy nastrój filmu.

Od strony technicznej film zrealizowany jest bardzo sprawnie. Muzyka jest świetnie dopasowana i doskonale buduje nastrój już od samego początku. Efekty specjalne nie rażą – a to już bardzo dużo, biorąc pod uwagę, że film ma blisko 40 lat.

Ogólnie rzecz biorąc „Drakula: Książę ciemności” to bardzo dobry film. Nie sposób się przy nim nudzić. Z czystym sumieniem mogę polecić go każdemu miłośnikowi horroru.

Tytuł: Drakula: Książę ciemności
Tytuł oryginału: Dracula: Prince of Darkness (znane także jako Disciple of Dracula lub The Bloody Scream of Dracula)
Kraj: Wielka Brytania
Data premiery: 1966
Czas trwania: 90 minut
Reżyseria: Terence Fischer
Obsada: Christopher Lee, Philip Latham, Barbara Shelley, Andrew Keir, Walter Brown, Thorley Walters, Suzan Farmer, Francis Mathews, George Woodbridge, Jack Lambert, Philip Ray, Charles Tingwell

Ocena: 8/5

Dyskusja