Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Egzorcyzmy Emily Rose”

Hellraiser. Faust. Martwica Mózgu. Piątek trzynastego. Laleczka Chucky. Każdy, kto posiada jako taką styczność z horrorem, zna, a przynajmniej powinien znać wszystkie te tytuły. Wymienione przeze mnie filmy mają jednak to do siebie, że wydarzenia w nich przedstawiane nigdy nie miały miejsca. Od czasu do czasu powstają natomiast horrory oparte w mniejszym lub większym stopniu na prawdziwych zdarzeniach. Jednym z takim obrazów jest najnowsze dzieło Scotta Derricksona, noszące tytuł „Egzorcyzmy Emily Rose”.

W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia Niemcami wstrząsnął proces kapłanów oskarżonych o nieumyślne spowodowanie śmierci podczas wypędzania złych sił z młodej Anneliese Michel. Historia opowiedziana w filmie jest identyczna, z kilkoma różnicami. Akcja dzieje się nie w Niemczech, a w Stanach Zjednoczonych, natomiast dziewczyna poddana egzorcyzmom to nie Anneliese Michel, ale wykreowana przez twórców obrazu Emily Rose.
Zajmijmy się jednak samym filmem. Nastolatka zostaje opętana przez demony. Początkowo zażywa leki przeciwko psychozie, jednak później za namową proboszcza miejscowej parafii rezygnuje z tego. Wkrótce umiera. W międzyczasie ksiądz niejednokrotnie odprawia nad Emily egzorcyzmy. Wkrótce jednak klecha staje przed sądem. Z pomocą adwokatki Erin Bruner musi udowodnić swą niewinność. W przeciwnym wypadku trafi do więzienia, a Kościół Katolicki spotka niewyobrażalna hańba.

Wypożyczając „Egzorcyzmy Emily Rose” spodziewałem się, iż przyjdzie mi obejrzeć typowy horror. Obraz Derricksona jest jednak czymś innym. To twór, który można określić jako połączenie dramatu sądowego z filmem psychologicznym i horrorem. Całe sto osiemnaście minut projekcji to tak naprawdę jedna wielka rozprawa sądowa, podczas której każda ze stron przedstawia widzowi swoją historię. Oglądający musi więc wybrać – stanąć po stronie księdza, czy też opowiedzieć się za racjonalizmem i uznać rację oskarżycieli. Muszę jednak przyznać, iż ostateczny wynik rozprawy był dla mnie pewnym zaskoczeniem. Akcja filmu posuwa się do przodu jednostajnym tempem, widz nie odnosi wrażenia, iż jakiekolwiek wątki potraktowano po macoszemu. Nie ma tu też miejsca na dłużyzny. Podczas oglądania trudno jest się nudzić.

Do filmu zatrudniono kilku bardzo zdolnych aktorów. Przede wszystkim Laura Linney. W „Egzorcyzmach Emily Rose” wcieliła się ona w Eric Bruner, czyli panią adwokat zatrudnioną do obrony księdza. Zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie – nie dopatrzyłem się w jej grze żadnych zgrzytów. Wypadła nad wyraz przekonywująco. Dostrzegli to też krytycy i nominowali ją do nagrody Saturna w kategorii Najlepsza Aktorka. Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak Jennifer Carpenter. Wcieliła się ona w tytułową bohaterkę. Za rolę w filmie Scotta Derricksona zgarnęła szereg różnego rodzaju nagród. Moim zdaniem całkiem słusznie. Odgrywanie przerażonej, męczonej od wewnątrz, opętanej Emily Rose może i nie było łatwe, jednak aktorka stanęła na wysokości zadania i znakomicie wywiązała się ze swojego obowiązku. Spisała się doskonale zwłaszcza w scenach ukazujących egzorcyzmy. Nieźle zagrał też Tom Wilkinson. Wcielił się w oskarżonego księdza proboszcza. Mieszane uczucia wzbudził we mnie natomiast Campbell Scott, któremu w udziale przypadła rola Ethana Tomasa. Odniosłem wrażenie, jakoby grał bez większego przekonania, miał kilka mocnych, ale też parę słabszych momentów. Ogólnie jednak aktorstwo w „Egzorcyzmach Emily Rose” sprawia pozytywne wrażenie.

Podstawą każdego horroru jest klimat. Filmowi Derricksona nie sposób go odmówić. Oglądaniu towarzyszy swojego rodzaju specyficzny nastrój. Nie twierdzę, by dzięki niemu widz pozostawał w ciągłym napięciu i trząsł portkami w obawie, co przyniesie kolejna scena. Mimo to film ogląda się z rosnącym zaciekawieniem, a niektóre ujęcia po prostu wbijają w fotel. Mam tu na myśli przede wszystkim idealnie zrealizowane sceny egzorcyzmów. Budująca napięcie muzyka, idealnie wykorzystany dźwięk oraz świetne zdjęcia sprawiają, że podczas gdy na ekranie odbywa się wypędzanie złych duchów z Emily, po plecach widza przechodzą zimne dreszcze. Obraz krzyczącej nastolatki, z której ust płyną przekleństwa i bluźnierstwa z pewnością przez długi czas nie uleci z mojej pamięci.

Podsumowując, „Egzorcyzmy Emily Rose” to film bardzo dobry. Nie jest to może jakieś większe arcydzieło, mogę jednak zaryzykować stwierdzenie, iż od ładnych kilku miesięcy na ekranach polskich kin nie pojawił się żaden równie dobry dreszczowiec. Obraz polecam więc serdecznie wszystkim miłośnikom kina grozy. Z pewnością nie będą zawiedzeni.

Tytuł: Egzocryzmy Emily Rose
Tytuł oryginału: Exorcism of Emily Rose
Kraj: USA
Czas trwania: 118 minut
Data premiery: 2005-09-01
Reżyseria: Scott Derrickson
Obsada: Laura Linney, Tom Wilkinson, Campbell Scott, Jennifer Carpenter, Colm Feore

Ocena: 7/5

Dyskusja