Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Harry Potter i Czara Ognia”

Trudno dziś znaleźć kogokolwiek, kto nigdy nie słyszałby o Harrym Potterze, małym czarodzieju z Hogwartu, wykreowanym w wyobraźni brytyjskiej pisarki Joanne Kathleen Rowling. Słynny książkowy bohater, od 2001 roku regularnie pojawiał się na dużym ekranie. Zarówno kolejne książki, jak i ich ekranizacje z tomu na tom, oraz z filmu na film prezentowały coraz wyższy poziom. „Harry Potter i Więzień Azkabanu” został względnie ciepło przyjęty przez krytykę oraz widzów, co pozwalało mieć nadzieję, że część kolejna również potteromaniaków nie rozczaruje. Teraz, po ponad roku oczekiwania na kolejny obraz z małym czarodziejem mogę śmiało powiedzieć, że „Harry Potter i Czara Ognia” to produkcja obowiązkowa dla wszystkich miłośników fantasy, nie tylko dla zagorzałych potteromaniaków.

Fabuła, jak nietrudno się domyślić, bazuje na czwartym tomie powieści o małym czarodzieju – który w gruncie rzeczy taki mały już nie jest. Czwarty rok nauki w Hogwarcie zostaje urozmaicony o tak zwany „Turniej Trójmagiczny”, w którym będą konkurować uczniowie z trzech szkół magii: Hogwart, Durmstrang oraz Beauxbatons. Początkowo każda ze szkół miała wystawić tylko jednego reprezentanta, jednak za sprawą dziwnego zbiegu okoliczności, Harry Potter również zostaje wybrany do konkursu, mimo iż wcześniej nie wyraził chęci wzięcia w nim udziału. Co jednak magiczna czara postanowi, odwrócić nie można, i chcąc nie chcąc Harry musi wystartować w turnieju. Nie wie, że przyjdzie mu się zmierzyć ze smokiem, krętym labiryntem oraz w końcu z Sam-Wiesz-Kim, który w czwartej odsłonie filmu po raz kolejny przyjmuje materialną postać.

To, co nie pozwala mi przejść obok kolejnych części przygód Harry’ego, czy to w przypadku książki czy filmu, to niepowtarzalny, baśniowy klimat, którego nie zabrakło w „Czarze Ognia”. Obraz jest znacznie mroczniejszy i bardziej 'thrillerowaty' niż miało to miejsce dotychczas, mimo to jednak twórcom filmu udało się przenieść na duży ekran niezwykły nastrój powieści. Składa się na to wiele czynników, takich jak porządny scenariusz, świetne efekty specjalne i muzyka, oraz przyzwoita gra aktorska. Ale po kolei…

Zacznijmy może od postaci filmowych oraz aktorów, którym w udziale przypadło ich odgrywanie. Nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o głównych bohaterów. Harry Potter to Daniel Radcliffe, Hermioną jest Emma Watson, a Ronem Wesley’em – Rupert Grint. Wszyscy odwalają tutaj kawał dobrej roboty. Na szczególną pochwałę zasługuje Radcliffe, dopiero teraz, podczas oglądania czwartej części filmu, przekonałem się, że chłopak ten ma spory aktorski potencjał, który w pełni wykorzystuje. Grint gra tak jak powinien, natomiast Emma niekiedy aż za bardzo wczuwa się w swoją rolę. Ogólnie jednak trójka głównych bohaterów sprawia bardzo dobre wrażenie. Świetny jest Szalonooki Moody – moim zdaniem najlepszy z bohaterów drugoplanowych. Gwałtowny i porywczy kuternoga wygląda w filmie dokładnie tak, jak można by go sobie wyobrazić czytając książkę. Nie gorzej prezentują Cedrik Diggory, oraz Wiktor Krum – przy czym ten ostatni, krótko obstrzyżony i dobrze zbudowany osiłek, na początku skojarzył mi się raczej z poznańskim dresiarzem, aniżeli bohaterem kolejnego obrazu z Harrym Potterem w roli głównej. Ogólnie rzecz biorąc, gra aktorska prezentuje się naprawdę dobrze. „Starzy” aktorzy grają jeszcze lepiej niż dotychczas, dojrzalej i wyraźniej, nowym także niewiele można zarzucić.

Jeśli idzie o muzykę – twórcy zdążyli nas już przyzwyczaić do świetnych, klimatycznych, wpasowujących się w tło motywów. Nie inaczej jest tym razem. Mimo, że podkład dźwiękowy w najnowszej ekranizacji Harry’ego Pottera na Oscara może nie zasługuje – to doskonale spełnia swoją powinność, a więc w odpowiednich ku temu momentach potęguje napięcie i buduje klimat.

Co zaś się tyczy efektów specjalnych – „Harry Potter i Czara Ognia” zbliżył się w tym przypadku do perfekcji. Po pierwsze, twórcy zaserwowali mi najlepsze smoki, jakie kiedykolwiek widziałem w kinie. Gadziska wyglądają niezwykle realistycznie, tak, że aż chce się na nie patrzeć! Nie sposób nie zwrócić też uwagi na doskonałe efekty czarów i wygląd rozmaitych magicznych stworzeń. Na kolana rzuca też scenografia. Zamek Hogwart wygląda bardzo dobrze, podobnie jak Zakazany Las, czy też wybrzeże nieopodal szkoły i stadiony do quidditcha. Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak scena pod wodą. Nic, tylko patrzeć i oczy cieszyć!

Postęp w stosunku do ekranizacji części trzeciej jest ogromny. O ile „Więzień Azkabanu” był produkcją po prostu dobrą, o tyle „Czara Ognia” to obraz świetny. Brak mu jakichkolwiek poważniejszych niedociągnięć, poza jednym, które i tak jest wytłumaczalne: mianowicie, akcja bardzo szybko posuwa się do przodu. Żałuję trochę, że nie przyszło mi oglądać żadnego meczu quidditcha, a jedynie kilku zawodników przelatujących tu i ówdzie na miotełkach. Szkoda, bo znając możliwości producentów, i pamiętając mecze z poprzednich odsłon filmu, obraz mógłby zostać wzbogacony o niedługą, acz pewnie bardzo przyzwoitą scenę. Ale to tylko moje czepianie się, zresztą, niewykluczone że ową scenę będzie można zobaczyć w rozszerzonej wersji DVD.

„Harry Potter i Czara Ognia” to, jak już wspomniałem, film naprawdę bardzo dobry, którego powinni zobaczyć wszyscy miłośnicy fantasy – bo prawdziwi potteromaniacy w chwili gdy piszę te słowa są już na pewno po wizycie w kinie. Nie będę się rozdrabniał – wystarczy, że napiszę, iż najnowsza odsłona przygód Harry’ego to dzieło, z którym powinien zapoznać się bez mała każdy z nas. Czy warto zatem iść do kina? Odpowiedź brzmi trzeba, i to najlepiej nie iść, a biec!

Tytuł: Harry Potter i Czara Ognia
Tytuł oryginału: Harry Potter and the Goblet of Fire
Kraj: USA
Premiera kinowa: 2005-11-25
Czas trwania: 157 minut
Reżyseria: Mike Newell
Obsada: Daniel Radcliffe, Rupert Grint, Emma Watson, Brendan Gleeson

Ocena: 9/5

Dyskusja