Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”

„Harry Potter i Kamień Filozoficzny” w reżyserii Chrisa Columbusa, to ekranizacja pierwszego tomu przygód małego czarodzieja, który w mig po wydaniu powieści zyskał sobie miliony sympatyków na całym świecie. Film, który przyszło mi dziś oceniać, było mi dane widzieć wcześniej już kilka razy. Postanowiłem jednak, że wraz z tym podejściem, postaram się spojrzeć na film krytycznym okiem, nie natomiast okiem miłośnika przygód Pottera, którym, przyznaję się bez bicia, jestem.

Podejrzewam, że jeśli ktoś wziął się za czytanie tej recenzji, to sam Potter oraz fabuła pierwszej części książki o nim traktującej, są mu dobrze znane. Mimo to, wypadałoby napisać parę słów o tym, o co w tym wszystkim chodzi. Mamy tu osieroconego chłopca, Harry’ego Pottera, który niemalże od urodzenia znajduje się pod opieką jedynej rodziny, jaka została mu po śmierc rodziców. Wuj Vernon i ciocia Petunia to jednak nienajlepsi opiekunowie, którzy widzą wszystko w swoim synu Dudley’u, a Harrym zdają się nie przejmować. Kiedy Potter w samotności obchodzi jedenaste urodziny, znajduje go olbrzym Hagrid i przekazuje mu wezwanie do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Harry trafia na magiczną uczelnię… ale kiedy wpada na trop pewnej mrocznej intrygi, przekonuje się, że nauka w Hogwarcie nie będzie dla niego usłana różami.

Jedną z podstawowych rzeczy, na które należy spojrzeć, oceniając ekranizację książki, jest dobór aktorów do poszczególnych ról. W przypadku Harry’ego Pottera trudno mieć do nich jakiekolwiek zastrzeżenia, a część z nich została powołana do filmu przez samą Rowling – np. Alan Smith (filmowy profesor Snape) oraz Robbie Coltrane (Hagrid). Sam Potter wygląda dokładnie tak, jak go sobie wyobrażałem podczas czytania książki. Niewysoki, chudy, z kruczoczarnymi włosami. Do roli głównego bohatera zatrudniono Daniela Radcliffe’a. W Rona Weasley’a wcielił się Rupert Grint, który jak ulał pasował do tej roli. Hermioną z kolei została Emma Watson. Spisuje się ona nienajgorzej, choć jej skłonność do nadmiernego wręcz gestykulowania jest bardzo widoczna, przez co postać traci na naturalności. Trudno mieć też zastrzeżenia do osób odgrywających role drugoplanowe, w większości przypadków ich gra prezentuje odpowiednio wysoki poziom. Spostrzegawczy kinomani zauważyli pewnie, że niemal wszyscy występujący w filmie aktorzy są z pochodzenia brytyjczykami. To prawda, ale wiąże się też z tym pewna ciekawostka. Początkowo bowiem reżyserem miał być słynny Steven Spielberg, jednak nie mógł on dojść do porozumienia z autorką powieści w kwestii doboru obsady. Rowling chciała, by zatrudnieni do obrazu aktorzy pochodzili z Wielkiej Brytanii.

Jak to zwykle bywa w przypadku ekranizacji jakichkolwiek książek, twórcy scenariusza musieli się mocno sprężać, by umieścić na taśmie filmowej wszystkie kluczowe momenty powieści. Niestety, w dziele Columbusa jest to mocno odczuwalne. Wszystko dzieje się tutaj bardzo szybko. Zbyt szybko, by móc się nacieszyć całym tym niepowtarzalnym klimatem i magiczną otoczką. Bo nastrój powieści pozostał i jest niemalże namacalny. Mimo to rok szkolny w Hogwarcie upływa, wydawałoby się, zbyt prędko. Twórcy przerośli samych siebie w momencie, gdy Harry podejmował wyzwania będące drogą do starcia z lordem Voldemortem. Wszystko, od przygody z Puszkiem, poprzez uwalnianie się z sideł zabójczych roślin, aż po szukanie klucza to drzwi, przypominające nieco szukanie złotego znicza w quidditchu, zostało brutalnie skrócone. Właściwie to sceny dobiegają końca zanim jeszcze zdążą się na dobre rozpocząć, a próba eliksirów została w filmie pominięta. Szkoda, naprawdę. Tym bardziej, że nic by się nie stało, gdyby film trwał z piętnaście, dwadzieścia minut dłużej.

Wiele ciepłych słów należy powiedzieć na temat muzyki i udźwiękowienia. Za tę pierwszą odpowiedzialny jest John Williams, a więc kompozytor nominowany do Oscara ponad czterdziestokrotnie. Autor muzyki do takich produkcji jak Wojna Światów, Patriota czy Szeregowiec Ryan po raz kolejny pokazał, że jest w doskonałej formie i na tych kilkudziesięciu nominacjach nie zamierza poprzestać. To, co pokazał w „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” to istne arcydzieło.

Wypadałoby też wspomnieć o efektach specjalnych. A powiedzieć mogę o nich nic ponadto, że prezentują odpowiednio wysoki poziom. Świetnie zrealizowano sceny latania na miotle (w tym mecz quidditcha), doskonale poradzono sobie też z ukazaniem rozmaitych magicznych stworzeń, których w filmie jest na pęczki. Najlepsze wrażenie zrobił na mnie puszek, trójgłowy pies wytresowany przez Hagrida. Ładnie wyglądają też centaur, smoczątko oraz troll. Spodobało mi się zwłaszcza to ostatnie monstrum, choć moje wyobrażenie trolla jest nieco inne niż pani Rowling. Tak, czy inaczej efekty specjalne to niewątpliwie mocna strona obrazy Columbusa.

Słowem podsumowania, „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” to obraz, który mogę polecić wszystkim miłośnikom małego czarodzieja. Ekranizacja to wierna (wyłączając próbę eliksirów), a film nienajgorszy. Niestety, tylko nienajgorszy, bo do doskonałości wiele mu brakuje. Osoby, które nie miały dotąd kontaktu z książką mogą odwiedzić kino, ale nie muszą. Nie jest to produkcja obowiązkowa. Ot, niezłe filmidło i nic poza tym.

Tytuł: Harry Potter i Kamień Filozoficzny
Tytuł oryginału: Harry Potter and the Philosopher’s Stone
Kraj: USA, Wielka Brytania
Czas trwania: 152 minuty
Data premiery: 2001-11-04
Reżyseria: Chris Columbus
Obsada: Daniel Radcliffe, Rupert Grint, Emma Watson, Richard Harris, Tom Felton

Ocena: 6/5

Dyskusja