Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Hostel”

Zanim wybrałem się do kina na „Hostel”, miałem przyjemność, lub jak kto woli – nieprzyjemność, przeczytać wiele niepochlebnych, niekiedy wręcz druzgocących opinii na temat tego filmu. Dzień przed zaplanowanym już od dłuższego czasu wyjazdem do Multikina, dostałem recenzję od Logana, która bynajmniej również „Hostela” nie chwaliła. Nie zraziło mnie to jednak – mimo wszystko chciałem się przekonać, czy to, co według opinii mas zawierał ten obraz – czyli brutalność, nadmierne rozerotyzowanie i nienajlepsza wizja naszych południowych sąsiadów, zostało produkcji Eli’ego Rotha słusznie zarzucone.

Fabuła, mogłoby się wydawać, nie jest specjalnie odkrywcza. Film zaczyna się jak tradycyjny amerykański horror kierowany do pokolenia MTV. Trzej koledzy – Josh, Paxton i Oli, wybierają się w wakacje na podróż przez Europę. Kiedy w poszukiwaniu dziewczyn i erotycznych uniesień trafiają do Holandii, niedługo potem zostają odesłani do Słowacji. Pewien człowiek opowiada im o miejscu pełnym pięknych kobiet, gdzie na pewno będą się dobrze bawili. Przyjaciele docierają na miejsce. Wkrótce poznają dwie urocze dziewczyny, z którymi szybko nawiązują znajomość. Wszystko gra, dopóki jeden z kumpli nie ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Wkrótce to samo dzieje się z drugim. Paxton, jedyny z przyjaciół, który w dalszym ciągu pozostaje w hostelu, postanawia odszukać swoich znajomych i najszybciej jak to możliwe, wrócić do Barcelony. Niedługo potem jednak sam zostaje porwany.

Jedynym chyba aspektem „Hostelu”, któremu można zarzucić bardzo niewiele, jest gra aktorów. Spośród osób odgrywających role pierwszoplanowe tylko Jay Hernandez miał niezłą, choć niezbyt bogatą filmową przeszłość. W filmie Eli’ego Rotha gra nienajgorzej. Podobnie jest z Derekiem Richardsonem, filmowym Joshem, oraz Eythorem Gudjonsonem, który wcielił się w Oli’ego. Role damskie odegrane są nieźle, choć bez większego przekonania. Ot, trudno mieć do dziewczyn jakieś zarzuty, ale z drugiej strony żadnych rewelacji nie pokazały. Co zaś się tyczy aktorów odgrywających postacie drugo-, trzecio- i dalszoplanowe – zadanie swoje wypełniają tak, jak należy.

Jeśli chodzi o muzykę w „Hostelu”… nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie to, że w trakcie seansu przypomniałem sobie, że w mojej recenzji film powinien zostać z niej rozliczony. No więc… mamy kilka przeciętnych, bezpłciowych utworków, o których nie można powiedzieć, by budowały jakiekolwiek napięcie czy klimat. Identycznie jest z dźwiękiem – momentami da się usłyszeć charakterystyczne dla tego typu horrorów szmery czy zagłuszone odgłosy, kiedy indziej po prostu nie zwraca się na niego uwagi. Słowem – nie jest katastrofalnie, ale z całą pewnością nienajlepiej. Oscara za muzykę czy dźwięk „Hostel” na pewno nie dostanie. Zresztą, jeśli miałbym bawić się w proroka, to dzieło Rotha raczej nie otrzyma żadnego znaczącego wyróżnienia – chyba że mowa o Złotych Malinach.

Swojego czasu film wywołał ogromną burzę w słowackich mediach. Eli Roth ukazał bowiem kraj naszych południowych sąsiadów jako jedno wielkie zbiorowisko prostytucji, narkomanii i rozpusty. Sam nigdy w Słowacji nie byłem, ale to co ujrzałem w „Hostelu” przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Rozumiem, że reżyser celowo pokazał największe słowackie meliny, najgorsze dzielnice, bo w przeciwnym wypadku naprawdę nie uśmiechałaby mi się jakakolwiek wizja wyjazdu na południe. Zwłaszcza, że z miejsca mógłbym zostać zaatakowany przez trzydziestoosobowy oddział małoletnich bandytów żądnych łakoci, pieniędzy i telefonów komórkowych. Ostatecznie, wcale nie jest powiedziane czy z takiej wyprawy powróciłbym do domu w jednym kawałku. Cokolwiek by nie było, uważam, że słowacki rząd słusznie się oburzył – bo Rothowska wizja tegoż kraju jest po prostu tragiczna.

„Hostel” dzieli się tak naprawdę na dwie części. Pierwsza to właściwie film erotyczny. Twórcy nie szczędzą widczom ostrych scen ukazujących seskaulne igraszki, jak również nie wahają się filmować ogromu nagich i pięknych kobiecych ciał. Jest to prawdziwa uczta dla męskich oczu, aczkolwiek jeśliby spojrzeć na to od krytycznej strony – to golizna ta jest adresowana głównie do młodszych, złaknionych seksu i brutalności odbiorców. Bo kinowi weterani zarówno sceny erotyczne, jak i sceny tortur oglądać będą bez większych emocji. Właśnie, sceny tortur… jedną wielką torturą jest oglądanie drugiej połowy filmu. Pełno tam krwi i brutalności, choć jest ona mocno ocenzurowana. Najbardziej krwiste momenty zostały sprytnie nakręcone w taki sposób, by ukryć co bardziej obrzydliwe widoki. Widać Roth dbał o pracowników kina, dla których sprzątanie zwymiotowanego popcornu na pewno przyjemnym zajęciem nie jest. Film owszem, jest brutalny – ale nie w takim stopniu jak można by było się spodziewać po całej tej medialnej nagonce, jaka powstała po premierze „Hostelu”. Tak czy inaczej, skoro rzekło się już, że obraz dzieli się właściwie na dwie części – to nietrudno się domyślić, że jedną z najsłabszych stron filmu jest scenariusz. W istocie, prezentuje się on fatalnie. Jest mało spójny, a wydarzenia które oglądamy na ekranie toczą się bez jakiegokolwiek ładu i składu. Poza tym nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to już gdzieś było. Owszem, „Hostel” jest pod paroma względami oryginalny – ale podobnych, znacznie lepszych filmów powstały już dziesiątki.

Podsumowując, „Hostel” to zupełnie nieudany utwór Eli’ego Rotha. Tak jak się spodziewałem, film ten to jedna wielka sieczka. I nie pomaga tu nawet fakt, że rzeźnia ta przerywana jest niekiedy ostrymi scenami erotycznymi. Do kina poszedłem przecież z zamiarem obejrzenia horroru – a więc czegoś, przez co nie będę mógł później spać po nocach. Przyszło mi natomiast zobaczyć coś, co zamiast powodować strach u widza, rozśmiesza go i co chwila budzi na jego twarzy uśmiech politowania. „Hostel” nie jest wart ani tych niespełna dwóch godzin, które straciłem w kinie, ani tym bardziej piętnastu złotych, które musiałem wyłożyć na bilet.

Tytuł: Hostel
Tytuł oryginału: Hostel
Kraj: USA
Czas trwania: 95 minut
Premiera kinowa: 2005-09-17
Reżyser: Eli Roth
Obsada: Jay Hernandez, Derek Richardson, Eythor Gudjonsson, Barbara Nedeljakova, Jan Vlasak

Ocena: 2/5

Dyskusja