Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Król Artur”

„Król Artur” to film, na który czekałem z nieukrywanym utęsknieniem. Zachęcony przez bardzo ciekawy trailer, zignorowałem opinie krytyków, którzy w większości twierdzili, że owy obraz to spektakularna klapa. Po obejrzeniu muszę powiedzieć, że trochę przesadzili. Bo „Król Artur” z pewnością wyśmienity nie jest, ale nazwanie go klapą to absolutne nieporozumienie.

Najnowsza ekranizacja przygód króla Artura rozpoczyna się w momencie, kiedy to on i jego rycerze mają wreszcie wrócić do swoich ziem i odzyskać wolność, wypełniwszy szereg powierzonych mu zadań. Kiedy jednak przybywa do swojego namiestnika, ten daje mu ostatnią misję. Razem z Lancelotem, Galahadem, Borsem, Tristane i Gawainem stwierdza, że Brytania będzie potrzebować nowego króla. Artur postanawia zmienić bieg historii, a pomogą mu w tym stary czarodziej Merlin oraz piękna Ginewra.

Już w pierwszych minutach projekcji możemy podziwiać wspaniałe scenerie i krajobrazy. Rozległe łąki, ciemne lasy oraz pola robią dobre wrażenie. Wszystko to jeszcze lepiej wygląda zimą; wtedy to przyjdzie nam oglądać wysokie, pokryte śniegiem góry oraz zamarznięte wody. Widoki te są jakby wzięte z bajki; rodem z mitów i legend. Jednak to nie tylko scenerie cieszą oczy: sama scenografia przygotowana przez realizatorów „Króla Artura” prezentuje bardzo przyzwoity poziom. Tyczy się to zwłaszcza wystroju wnętrz, które przyjdzie nam oglądać; ogromne drewniane meble, piękne, okrągłe dywany oraz pozawieszane tu i ówdzie pochodnie spełniają swoje zadanie, czyli wprowadzają widza w ‚średniowieczny’ nastrój.

Nic dobrego nie da się za to powiedzieć o dialogach. Brzmią one mało naturalnie, a niekiedy wręcz sztucznie. Trochę pomaga fakt, iż została w nich zawarta duża doza humoru. I całe szczęście, jest to humor porządny, który śmieszy, a nie irytuje. Ponadto w „Królu Arturze” wiele jest podniosłych tekstów, wykorzystywanych już wielokroć w podobnych produkcjach i niekiedy bardzo naiwnych. Wspomnę tylko moment, w którym Artur przy umierającym towarzyszu krzyczy wniebogłosy „To ja miałem zginąć, nie on!”. Stare to i niemodne, twórcy mogli bardziej się wysilić…

„Króla Artura” cechuje dobra gra aktorska. Zatrudniono mało znanych ludzi, a jedyną osobą z większym stażem jest tu Keira Knightley, która wcieliła się w postać Ginewry. To właśnie ona najlepiej się spisuje. Odgrywając młodą wojowniczkę Piktów tchnęła w tą postać kobiecą wrażliwośc i delikatność, połączoną z determinacją i wściekłością. Clive Owen również spisuje się nie najgorzej. Aktor odgrywający głównego bohatera zagrał z niezwykłą powagą i spokojem, tak, jak wyobrażałem sobie tytułowego Artura. Nic nie brakuje też Ray Winstone’owi, który wcielił się w Borsa, oraz Ioanowi Gruffuddowi, któremu w udziale przypadła rola Lancelota. Jeśli zaś chodzi o resztę aktorów – spisali się po prostu porządnie, tak jak powinni. Wyjątkiem jest tu aktor grający osobistość, którą Artur musi odeskortować – zagrał on sztucznie, ale zanim zdążył na dobre mnie zirytować, zginął od strzały Ginewry.

Film nie jest też wolny od kosmetycznych niedociągnięć. Przykładowo, ogromna brama zamkowa w jednej scenie otwierana jest przy użyciu młotów i kilku(nastu) koni pociągowych. Ale o dziwo, gdy Artur przejeżdża przez nią po raz drugi, do jej otwarcia nie potrzeba ani grupy żołnierzy, ani zwierząt, jak miało to miejsce poprzednim razem. Rzuciła mi się też w oczy jedna rzecz – mianowicie: kiedy Artur znalazł się w niewielkiej przyzamkowej osadzie, w której mieszkały tuziny wieśniaków i gdzie znajdowało się kilka różnych chałup, skąd wiedział, że akurat w tej jednej znajduje się podziemna krypta, w której więżono ‚heretetyków i bluźnierców’? Czyżby Artur był jasnowidzem :]? (to jednak tylko szczegóły i wspomninam o nich tylko ze względu na moją czepialską naturę).

Niewątpliwie jedną z najmocniejszych stron filmu są oprawa muzyczna i dźwiękowa. O ile ta druga prezentuje się po prostu dobrze, to pierwsza jest istnym majsterszykiem. Naprawdę dawno nie słyszałem przyjemniejszej dla ucha, bardziej porywającej i klimatycznej muzyki. Wrażenie to zostaje spotęgowane, gdy gdzieś w głośnikach słychać dodatkowo twardy, męski chór. Osobiście sądzę, że „Król Artur” może się pochwalić jedną z najlepszych opraw muzycznych, jakie przyszło mi w filmach słuchać i ustępuje jedynie Władcy Pierścieni.

Nie da się ukryć, że istotą filmów historycznych są sceny batalistyczne. Także w „Królu Arturze” odgrywają one znaczącą rolę. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie bitwa na zamarzniętej rzece. Na pochwałę zasługują tu wspaniałe zdjęcia, za które odpowiedzialny jest nasz rodak, Sławomir Idziak. Nadlatujące z góry strzały, pękająca tafla lodu czy podwodne ujęcia, które tak bardzo mi się spodobały, to wszystko jego robota i należą mu się za to ogromne brawa. Wspaniale wygląda też ostatnia, decydująca bitwa. Twórcom idealnie udało się stworzyć nastrój bitewnego zamieszania. Akcja toczy się szybko i dynamicznie. Niezwykle efektownie wyglądają płonąca strzały, płonące kule wystrzeliwane z katapult, jak i same pojedynki. Spośród tych ostatnich najbardziej podobała mi się walka Artura z wodzem barbarzyńców, ale tak to już jest, że twórcy filmów bardzo się do takich decydujących starć przykładają. Nic więc dziwnego, że owy pojedynek wyglądał tak, a nie inaczej.

Podsumowując, „Król Artur” to produkcja dobra. Nie wiem, co złego znaleźli w nim krytycy, że tak mocno go zbesztali. Owszem, dialogi brzmią nienajlepiej, scenariusz pełny jest drobnych niedociągnięć, a film kosmetycznych błędów, ale w gruncie rzeczy nie przeszkadza to zbytnio w odbiorze obrazu. Niezła gra aktorska, przepiękna muzyka i wspaniałe scenerie, a także dobre sceny batalistyczne czynią z „Króla Artura” obraz z pewnością warty obejrzenia.

Tytuł: Król Artur
Tytuł oryginału: King Arthur
Kraj: USA
Premiera kinowa: 2004-07-23
Reżyseria: Antoine Fuqua
Obsada: Clive Owen, Stephen Dillane, Keira Knightley, Ioan Gruffudd

Ocena: 7/5

Dyskusja