Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Miasteczko Salem”

„Miasteczko Salem” to kolejna ekranizacja powieści słynnego mistrza horroru, Stephena Kinga. Nie jest to jednak typowy film, nie zobaczymy go bowiem w żadnym kinie. Dzieło Mikaela Salomona to nakręcony za 25 milionów dolarów miniserial, który jeszcze niedawno był emitowany w amerykańskiej telewizji, a parę miesięcy temu Warner Home Video postanowiło wydać go w Polsce na platformie DVD. Dziś, po trwającym trzy godziny seansie w domowym zaciszu mogę rzec, że „Miasteczko Salem” to film niezły. Mimo, iż wykonany całkiem sprawnie, najprawdopodobniej nie zapadnie mi w pamięć na dłużej niż parę tygodni.

Bohaterem opowieści jest pisarz Ben Mears, który po latach nieobecności wraca do rodzinnego miasteczka o nazwie Salem by napisać książkę o nim i o jego mieszkańcach. Wierzy, że tylko w ten sposób pozbędzie się prześladujących go wciąż dramatycznych wspomnień z dzieciństwa. Miasteczko Salem z zewnątrz sprawia wrażenie idealnego. Zadbane domki i ogrody, uśmiechnięci sąsiedzi, słowem – wymarzone miejsce do zamieszkania. Jednakże pod tą piękną oprawą kryje się mroczny sekret. Kiedy mieszkańcy Salem zaczynają w tajemniczych okolicznościach ginąć, Ben, korzystając z pomocy kelnerki Susan Norton, nauczyciela Matta Burke’a i ojca Donalda Callahana, będzie musiał stawić czoła mrocznym siłom, które do niedawna uważał jedynie za wymysł.

„Miasteczko Salem” to obraz bardzo dobry, jeśli brać pod uwagę poziom techniczny wykonania. Poziom gry aktorskiej jest bardzo wygórowany. Większość nazwisk, jakie pojawiają się wśród obsady nie była mi wcześniej znana, okazuje się jednak, że większa część zatrudnionych do produkcji aktorów ma już za sobą spory dorobek filmowy. Pochwalić należy zwłaszcza Jamesa Cromwella, który zagrał ojca Donalda, oraz Roba Lowe, odtwórcę głównej roli. „Miasteczko Salem” prezentuje się też nienajgorzej od strony muzycznej. W filmie znalazło się miejsce dla paru utworów chóralnych, paru nut rockowych i kilku słabiej wpadających w ucho melodii, które idealnie wpasowują się w klimat i w doskonały sposób podbudowują napięcie.

Scenariusz filmu jest nienajgorszy. Mimo to mógłbym się przyczepić, że niekiedy akcja posuwa się do przodu w iście żółwim tempie, a niekiedy niespodziewanie nabiera szybkości. Zupełnie podobnie ma się sprawa w przypadku książki, jednak w filmie powoduje to momentami znużenie u widza. Przez całą pierwszą godzinę oglądania nie wiadomo, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Dopiero mniej więcej w połowie projekcji wszystko zaczyna się stawać w miarę jasne, choć fabuła przybiera wiele nieoczekiwanych wzorów.

Co się tyczy efektów specjalnych – w „Miasteczku Salem” nie ma ich prawie wcale. Nie uświadczymy żadnych wybuchów, odlatujących kończyn czy miażdżonych ludzkich łbów. To nie gore. Mimo to, sam wygląd wampirów robi bardzo pozytywne wrażenie. Krzepkie istoty o długich kłach i mocno zwężonych źrenicach to już standardowe wyobrażenie potomka Draculi. Przyjęło się także w przypadku dzieła Salomona. Bardzo dobre wrażenie robi zwłaszcza zgromadzenie wampirów na miejskim cmentarzu, czy też marsz uczepionych sufitu istot maszerujących na głównych bohaterów.

Jeśli zaś chodzi o klimat… to bywa tutaj różnie. Gdybym nie wiedział, co tak naprawdę oglądam, to przez pierwsze kilkadziesiąt minut filmu nie powiedziałbym, że patrzę na obraz, który w swoich zamierzeniach ma być horrorem i przerażać widza. Później jest już nieco lepiej, choć też bez rewelacji. Film ma kilka bardzo ciekawych scen, które powodują przejście ciarek na plecach widza, ale mroczny nastrój znika zwykle równie szybko, jak się pojawia. Tylko po to, by dać o sobie znać ponownie za kilkadziesiąt minut. „Miasteczko Salem” posiada kilka cech dobrego horroru, momentami ma też klimat – ale to jeszcze nie to. Czegoś w tym filmie brakuje. Czegoś, co wbiłoby widza w fotel i autentycznie przeraziło. Bo utwór Salomona co prawda momentami straszy, ale, rzekłbym, w niewystarczjącym stopniu.

Podsumowując, „Miasteczko Salem” to całkiem solidna, warta obejrzenia produkcja, a jednocześnie bardzo dobra ekranizacja równie dobrej książki. Polecam się tym obrazem zapoznać – zapewniam, że trzy godziny poświęcone na seans nie okażą się być czasem straconym.

Tytuł: Miasteczko Salem
Tytuł oryginału: ‚Salem’s Lot
Kraj: USA
Czas trwania: 180 minut
Data premiery: 2004-06-02
Reżyseria: Mikael Salomon
Obsada: Samantha Mathis, Penny McNamee, Rob Lowe, Christopher Morris, James Cromwell

Ocena: 7/5

Dyskusja