Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Omen”

W ostatnim czasie w kinie zapanowała moda na remake’i. Ponowne kręcenie tych samych filmów w nowych wersjach to już zjawisko powszechne. Nie trzeba się przy tym zbytnio trudzić, gdyż scenariusz po pewnych przeróbkach jest gotowy już na starcie. Nie trzeba martwić się o oryginalną fabułę, jeśli bowiem pierwowzór był pod tym względem zadowalający, to trudno czepiać się o to w przypadku remake’a. Chodzi w końcu o to, by nakręcić to samo, lecz z użyciem nowszych technologii. Tak było z „Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną”, tak było z „Amityville”, tak było w końcu z „Posejdonem”. I tak samo jest z „Omenem”. Fenomen cyklu o Antychryście nigdy nie został przez miłośników horroru zapomniany. Dzieło Richarda Donnera przez lata stanowiło niedościgniony wzór dla twórców filmów grozy. A mnie, osobie lubującej się w diabelskich klimatach, seria „Omen” zawsze była szczególnie bliska. Dlatego też do kina poszedłem pełen obaw… czy tytuł, który zawsze stanowił dla mnie ideał horroru nie zostanie przez Johna Moree bezczelnie znieważony?

Robert Thorn, doświadczony amerykański dyplomata, żyje w udanym związku ze swoją żoną Katherine. Niedługo ma przyjść na świat ich pierwsze dziecko. Katherine przechodzi ciężki poród. Dziecko umiera, choć matka jeszcze o tym nie wie. Szpitalny kapłan, ojciec Spiletto, proponuje Robertowi Thornowi uznać za własne inne dziecko, którego matka zmarła przy porodzie i które nie ma już żadnych krewnych. Thorn zgadza się i wszystko wskazuje na to, że jego wybór był słuszny.
Wkrótce po niespodziewanej śmierci swojego zwierzchnika, Thorn zostaje ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Wielkiej Brytanii. Jednakże wraz z żoną zauważa, iż z Damienem dzieje się coś dziwnego. Niedługo potem zatrudniona zostaje opiekunka, pani Baylock. Wszystko wskazuje na to, że została opętana przez kilkuletniego chłopca.
Po jakimś czasie Robert Thorn poznaje prawdę. Matka Damiena nie zmarła przy porodzie… chłopiec pochodzi z łona suki szakala. Wkrótce okazuje się, że Damien nosi diabelskie znamię, symbol wszystkich tych, którzy służą Szatanowi. Thorn, po wewnętrznych rozterkach, ale i wytężonych poszukiwaniach dowiaduje się, że jego adoptowane dziecko jest… Antychrystem. Tym samym, o której pisał święty Jan w swej apokalipsie…

Pierwsze wrażenie, jakie odniosłem po obejrzeniu „Omenu”, nie było ani pozytywne, ani negatywne. Zdawało mi się, iż przyszło mi zobaczyć coś, co nie wywarło na mnie większego wpływu, coś o czym już niedługo zapomnę. Kiedy wróciłem z kina i spokojnie wszystko przemyślałem, doszedłem do wniosku, iż „Omen” nie pokazał mi praktycznie nic, co mogłoby na dłużej zagnieździć się w mojej pamięci. Spośród wszystkich scen w filmie tylko dwie zdołały mnie naprawdę poruszyć. Pierwsza, to samobójstwo pierwszej nianii Damiena. Przez moment dało się poczuć ten specyficzny, mroczny klimat, który towarzyszył oglądaniu pierwowzoru. Drugą sceną jest rozkopywanie grobów na starym, zniszczonym cmentarzu. Zadrżałem, gdy kamera pokazała ciało prawdziwej matki Damiena… zniszczony psi szkielet, z przyczepionymi tu i ówdzie niewielkimi strzępami skóry… Skoro już jestem przy nastroju towarzyszącym oglądaniu „Omena”, to wypadałoby wspomnieć o pewnym sprawdzonym i skutecznym, a jednak dość prostackim zabiegu, jaki wykorzystał reżyser w celu przerażenia widzów. Czasami, na ułamki sekund pojawiają się szybkie, intrygujące ujęcia… każdy miłośnik horroru wie, że twórcy często posuwają się do ukazywania w ten sposób krwawych, brutalnych widoków. John Moore wykorzystuje owy zabieg w inny sposób. Zazwyczaj nie pokazuje niczego brutalnego. Przykładowo… Damien w stojący w wielkim białym pomieszczeniu z halloweenową maską na twarzy… Damien trzymający w ręku coś, co wygląda jak szpitalna kroplówka… niby nic strasznego, ale skutecznie działa na wyobraźnię. Za to należy się twórcom duży plus.
Nie ma jednak róży bez kolców. Nastrój grozy daje się tu odczuć tylko od czasu do czasu. W oryginale towarzyszył on widzowi w każdej minucie, każdej sekundzie. W nowej wersji tego nie uświadczymy.

Parę chłodnych słów należałoby skierować do panów odpowiedzialnych za muzykę. Odniosłem wrażenie, że soundtrack do nowego „Omenu” to tak naprawdę zlepek różnego rodzaju filmowych nut, średnio nawet pasujących do obrazu, który w swoich zamierzeniach ma być horrorem. Wszyscy wszak wiemy, iż dobra muzyka i udźwiękowienie to podstawa każdego filmu grozy. Twórcy „Omenu” najwyraźniej o tym zapomnieli. Co jednak uważam za największy minus oprawy dźwiękowej? Brak pieśni „Ave Satani” Jerry’ego Goldsmitha. Miałem nadzieję usłyszeć ją choćby przy zakończeniu podczas wyświetlania napisów końcowych, ale nadzieja ta nie została spełniona. Muzyka w „Omenie” jest więc bardzo przeciętna. Znacznie lepiej prezentuje się dźwięk, który odpowiednio działa na podświadomość widza. Cóż jednak z tego, skoro brakuje wspomagających go, nastrojowych i klimatycznych nut?

Gra aktorska prezentuje się bardzo przyzwoicie. Główna rola przypadła w udziale Seamusowi Davey-Fitzpatrickowi. „Omen” stanowi dla tego ośmioletniego chłopca filmowy debiut. Trudno się nad jego grą dłużej rozwodzić… wielu krytyków zarzucało twórcom, iż chłopiec w ogóle nie pasuje do swej roli. I rzeczywiście, pierwotny Damien prezentował się znacznie lepiej. Nie znaczy to, że Seamus gra źle. Wypada bowiem nienajgorzej… jednak do doskonałości brakuje mu bardzo wiele. Dodać należy, iż przez całe sto dziesięć minut Damien wypowiada raptem kilka słów!
W Roberta Thorna wcielił się Liev Schreiber, zdolny aktor z bogatym filmowym dorobkiem. Moim zdaniem był to świetny wybór, gdyż z rolą Thorna Schreiber poradził sobie znakomicie. Jego gra zgrzyta jedynie momentami, natomiast ogólne wrażenie jest bardzo pozytywne. Nieco słabiej jest z Julią Stiles, filmową żoną Roberta Thorna. Podobnie jak Schreiber, aktorka ta pokazała się w „Omenie” od dobrej strony, jednak momentami odnosiłem wrażenie, jakoby grała bezpłciowo, bez większego przekonania.
Na uwagę zasługują bohaterowie drugoplanowi. Świetnie spisał się David Thewlis w roli reportera Jenningsa. Tak samo trudno mieć większe zastrzeżenia do gry Pete’a Postlethwaite. Podobnie jak Schreiber, Postlethwaite jest aktorem z wieloletnim stażem. Miłośnicy fantastyki mieli okazję oglądać go w produkcjach takich jak „Ostatni Smok”, „Zaginiony Świat: Jurassic Park”, „Dark Water – Fatum” czy „Aeon Flux”. Bardzo dobrze zagrała też Mia Farrow w roli nianii Baylock. Z jednej strony spokojna, sympatyczna niania, a z drugiej – fanatycznie oddana Antychrystowi kobieta. Pani Farrow niewątpliwie jest jednym z mocniejszych stron „Omenowego” aktorstwa.

Na koniec jeszcze parę słów o tym, jak nowa wersja „Omenu” ma się do pierwowzoru. Ogólnie rzecz biorąc, John Moore wprowadził do filmu tylko kilka innowacji. Cała reszta dzieje się identycznie jak w obrazie sprzed trzydziestu lat. Przede wszystkim, małżeństwo Thornów zostało nieco odmłodzone. O ile w oryginale Thornowie byli ludźmi w średnim wieku, o tyle we współczesnym „Omenie” jest to dość młoda para. Poza tym, zmienił się też sposób w jaki ginie Katherine Thorn. Jeśli dobrze pamiętam, w oryginale niania pomogła jej wypaść przez okno. Tutaj natomiast Baylock przychodzi do szpitala i wpuszcza bezbronnej Thorn powietrze do żyły. Rzadko spotykana i niezwykle wymyślna metoda eksterminacji… w każdym razie ja nie chciałbym tak zginąć. Do teraz, gdy przypominam sobie tę scenę, po moich plecach przechodzą chłodne dreszcze. Zmianie uległy też początkowe sceny. Kiedy na ekranie pojawiają się cytaty z biblii mówiące o znakach poprzedzających nadejście Antychrysta, zaraz potem widzimy nawiązanie do wydarzeń, które realnie miały miejsce – chociażby zamach na World Trade Center czy huragan Katrina.
Są to jednak jedynie drobne przeinaczenia, gdyż właściwie cała reszta pozostała bez zmian, a wszelkie wydarzenia odbywają się i następują po sobie identycznie w oryginale.

Ogólnie rzecz biorąc, nowy „Omen” mogę uznać za udany remake. Wśród różnego rodzaju remake’ów horrorów to właśnie nowy „Omen” oraz „Amityville” plasują się na czołowych miejscach i spierają o pozycję lidera. Trochę żałuję, iż twórcy nie postarali się o lepszą oprawę dźwiękową. Co zaś się klimatu tyczy… nowy „Omen” posiada pewną mroczną otoczkę, która towarzyszy oglądaniu. Nie jest ona jednak tak namacalna, tak dobrze odczuwalna jak miało to miejsce w przypadku pierwowzoru. Nastrój więc jest, ale nie taki, jakiego wszyscy byśmy oczekiwali… mamy za to bardzo dobrą grę aktorską, sprawdzony scenariusz, oraz przede wszystkim świetną fabułę, choć to już zasługa ludzi Richarda Donnera, a nie współczesnych twórców. Myślę, że szóstka z plusem w dziesięciostopniowej skali będzie oceną, która najlepiej odzwierciedli moje wrażenia po obejrzeniu tego filmu. Pozostaje więc teraz czekać na kolejne części. Miejmy nadzieję, że będą jeszcze lepsze.

Tytuł: Omen
Tytuł oryginału: The Omen
Kraj: USA
Data premiery: 2006-06-06
Czas trwania: 110 minut
Reżyseria: John Moore
Obsada: Liev Schreiber, Julia Stiles, Mia Farrw, David Thewlis, Pete Postlethwaite, Michael Gambon, Seamus Davey-Fitzpatrick

Ocena: 6/5

Dyskusja