Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Pierścień Nibelungów”

Z zagłady dworu królewskiego ratuje się młody Zygfryd, syn króla. Znajduje go i przygarnia do siebie stary kowal, który wychowuje go jak syna. Nieświadomy swojego pochodzenia (nie pamiętał nic), zostaje nazwany przez kowala Erykiem. Przychodzi czas, że z nieba spada kamień, który jest częścią przepowiedni otrzymanej przez Brunhildę, królową Islandii. Przepowiednia ta mówi, że zaraz po tym fakcie ma spotkać mężczyznę, który pokona ją w walce (czego nikomu jeszcze nie udało się dokonać). Mężczyzną tym jest Zygfryd. Mimo zapałania miłością do siebie, muszą się rozdzielić, ale Zygfryd obiecuje Brunhildzie, że ją odnajdzie, gdy przypomni sobie, kim jest. Niedługo potem, budzi się ze snu potężny smok – Fafnir. Król Burgundii urządza wyprawę, której nie udaje się zabić smoka. Zygfrydowi się to udaje i staje się bohaterem…

Ale to dopiero początek historii… Więcej nie powiem, bo to ma być recenzja, a nie streszczenie. Tak rysuje się fabuła „Pierścienia Nibelungów” (znanego też pod tytułem „Klątwa Pierścienia”), filmu telewizyjnego w dwóch częściach, opartego, ponoć luźno, na operze Wagnera. Piszę „ponoć”, gdyż nie znam opery, więc nie mogę ocenić na ile fabularnie te dwa dzieła ze sobą współgrają…

Jak się już rzekło – film telewizyjny. W związku z czym twórcy obrazu są raczej mało znani. Reżyserem jest Uli Edel (powinien być znany fanom „Opowieści z Krypty” oraz „Miasteczka Twin Peaks” – reżyserował pewną część odcinków), który jest również odpowiedzialny za scenariusz. Muzykę tworzył niejaki Ilan Eshkeri (ja też słyszę po raz pierwszy), ale „pilnował go” (producent muzyki) Klaus Badelt (muzyka do „Piratów z Karaibów” oraz „Equilibrium”). Aktorzy są ogólnie nieznani, ale dwie postacie powinny się obić o uszy – Kristanna Loken (znana ostatnio z „Terminator 3: Bunt Maszyn”) oraz Max von Sydow (baaaardzo bogata filmografia – chociażby „Egzorcysta”, „Diuna” i legendarna „Siódma Pieczęć”).

To tyle faktów, przejdźmy do mojego prywatnego zdania o filmie – jak zazwyczaj, używając zestawienia plusów i minusów.
Zacznijmy od dobrych stron filmu. Przede wszystkim to, co robi na mnie największe wrażenie, to krajobrazy i stroje. Dobór idealny! Piękne góry i rzeki, mgła… Miejsca nadają temu filmowi klimatu i współtworzą go doskonale. Kostiumy zaś sprawdzają się w stu procentach w tym filmie. Dobrze dobrane do aktorów, (wydaje się że) historyczne. To samo można powiedzieć o broni, biżuterii i innych przedmiotach. Duży plus za to otoczenie
i wygląd bohaterów.

Świetnie wyglądające walki to kolejna zaleta filmu. Nie ma ich zbyt dużo, ale każda z nich jest bardzo dobra: dynamiczna, ale nie za bardzo; agresywna, ale bez przesady; realistyczna, ale jednocześnie efektowna. Nic im nie brakuje, a jednocześnie też nie mają niczego za dużo.

Pisałem we wstępie, że bohater zabija smoka. I owszem, robi to. Ale walka jest bardzo sensowna. Nie wygląda to tak, że bohater bije smoka po nogach póki ten nie padnie. Załatwia go, jak to ochrzciłem, „na Turina” (kto czytał „Silmarillion” Tolkiena, ten wie o co chodzi. Kto nie czytał – do biblioteki marsz!), czyli dość realistycznie.

Muzyka do filmu też jest niezła. Wpada w ucho, ale się nie narzuca i nie denerwuje – podobnie jak w przypadku układów walki, jest umiarkowana – i dlatego dobra.

Oczywiście filmowi nie brakuje wad. Ja zauważyłem dwie główne. Pierwszą jest źle rozwiązany motyw miłosny (a w zasadzie obydwa motywy miłosne). Prawdą jest, że sceny tego typu prawie zawsze są średnie i tak jest i w tym wypadku. Poza tym, trochę dziwny jest fakt, że dwie zupełnie nie znające się osoby (Brunhilda i Zygfryd), gdy tylko dowiadują się, że oto przed nimi stoi ich przeznaczenie, zaraz rzucają się na siebie i od pocałunku do pocałunku… Na szczęście „sceny łóżkowe” są tutaj mało inwazyjne, więc to przynajmniej tyle.

Drugą namierzoną wadą są dosyć średnie efekty specjalne. Ale czy to naprawdę wada? Właściwie ich „średniość” widać tylko podczas walki ze smokiem i momentami metamorfoz bohatera (chcecie wiedzieć, o co chodzi, to zobaczcie film). Mimo tego, wciąż mnie dziwi, jak to jest, że ponad 10 lat temu efekty specjalne były lepsze niż w większości filmów dziś… („Jurassic Park” jest dla mnie nadal niedoścignionym wzorcem – przebijają go chyba tylko „Gwiezdne Wojny”, ale tylko Epizod I). Co już zaznaczyłem, „Pierścień Nibelungów” to film telewizyjny i jako taki, ma prawo do takiej wpadki.

Podsumowując, polecam ten film wszystkim, którzy lubią obrazy fantasy i skupione wokół tego gatunku. Niezłe aktorstwo, dobre wykonanie, dobra fabuła… Dobry film!

Plusy:
– Krajobrazy
– Kostiumy
– Układy Walk
– Sensowna walka ze smokiem
– Muzyka
– Ogólne wrażenie
MINUSY:
– Kiepsko przedstawione motywy miłosne
– Dosyć średnie efekty specjalne

Tytuł: Pierścień Nibelungów / AKA Klątwa Pierścienia
Tytuł oryginału: Ring of the Nibelungs / AKA Die Nibelungen / AKA Curse of the Ring
Reżyseria: Uli Edel
Scenariusz: Uli Edel, Peter Morwood
Muzyka: Ilan Eshkeri
Data premiery: 2004-11-19 (Świat)
Czas trwania: 180 minut
Kraj: Niemcy, RPA, USA, Wielka Brytania, Włochy
Obsada: Benno Furmann, Kristanna Loken, Alicia Witt, Julian Sands, Samuel West

Ocena: 8/5

Dyskusja