Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Plan 9 z Kosmosu”

„Plan 9 z Kosmosu” to film pod każdym względem niezwykły i zaskakujący. Niezwykły dlatego, że nie ma chyba drugiego równie bzdurnego, niedopracowanego, tandetnego i bezsensownego filmu. Zaskakujący, bo dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że udało mi się dotrwać do końca. Dzięki Bogu około drugiej minuty trwania filmu zacząłem podchodzić do niego jak do parodii. Gdyby nie to, około czwartej minuty wyłączyłbym pewnie telewizor.

Fabuła filmu jest tak bzdurna, że aż wstyd mi ją streszczać. Na Ziemię przylatują latające spodki. Kosmici próbowali skontaktować się z ludzkością, ale rządy uparcie zaprzeczały ich istnieniu. Ponieważ kosmici przewidują, że ludzie w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości wynajdą nowy rodzaj broni – bombę solarową, która jest w stanie zniszczyć cały Wszechświat – postanawiają zadziałać prewencyjnie, zawczasu niszcząc ludzkość. W tym celu ożywiają na cmentarzu w miasteczku niedaleko Hollywood trzy trupy, które snują się bez celu po okolicy, czasem kogoś zabijając, a zwykle tylko strasząc przechodniów – w tym jedną szczególnie pechową kobietę co najmniej trzykrotnie w krótkich odstępach czasu.
Ziemianie nie dają jednak łatwo za wygraną. Pułkownik Edwards, który „odpowiada za sprawy związane z latającymi spodkami” (to stwierdzenie, wypowiedziane w filmie ze śmiertelną powagą przez głos z offu, zrzuciło mnie z fotela) jedzie w okolicę, gdzie zaatakowali kosmici, by rozwiązać problem.

Film jest koszmarny. Nie chodzi nawet o niedociągnięcia techniczne, efekty specjalne na poziomie szkolnego przedstawienia, beznadziejną scenografię i jeszcze gorszą grę aktorską (w tym przypadku szkolne przedstawienia mogłyby służyć za niedościgły wzór). Takie braki można zawsze przynajmniej częściowo wybaczyć, okazując odrobinę dobrej woli i wspomagając się wyobraźnią. Żeby jednak widz mógł okazać choć trochę dobrej woli, potrzebna jest najpierw jakakolwiek zachęta ze strony twórców filmu. Skoro od strony technicznej film leży i błaga o litość, skoro opowieść jest tak bzdurna, że będzie prześladować widza w sennych koszmarach – to może chociaż scenariusz byłby dobrze skonstruowany, by ukryć inne wady filmu, by umożliwić widzowi uwierzenie na chwilę w opowieść nie z tej Ziemi (współczuję mieszkańcom tej Ziemi, z której ta opowieść pochodzi). Niestety, i pod tym względem mamy do czynienia z całkowitą klapą, dnem i metrem mułu. Jestem gotów postawić parę kapci, że Ed Wood po napisaniu scenariusza ani razu go nie przeczytał, nie wspominając już o naniesieniu jakichkolwiek poprawek. Jestem gotów postawić drugą parę kapci, że scenariusz powstał w czasie krótszym niż dwa popołudnia. Zresztą cały film nakręcono w zaledwie 4 dni, co w dużym stopniu tłumaczy jego wady, choć oczywiście ich nie usprawiedliwia.

Mimo wszystko warto jednak obejrzeć „Plan 9…”. Po pierwsze żeby zobaczyć, jak nie należy kręcić filmów i przekonać się, czemu Edwarda Wooda Jr. okrzyknięto „najgorszym reżyserem wszechczasów”, a ten właśnie film „najgorszym filmiem wszechczasów”.Po drugie, jeśli nie podchodzi się do oglądania „Planu 9 z Kosmosu” na poważnie, można mieć naprawdę niezły ubaw i sporo śmiechu.

Ocena: 1-/10, ale jeśli ktoś ogląda jako parodię, to może dodać 5-6 punktów

Tytuł: Plan 9 z Kosmosu
Tytuł oryginału: Plan 9 From Outer Space
Reżyseria: Edward D. Wood Jr.
Scenariusz: Edward D. Wood Jr.
Muzyka: Bruce Campbell
Data premiery: 1959
Czas trwania: 79 minut
Kraj: USA
Obsada: Gregory Walcott, Mona McKinnon, Duke Moore, Tom Keene, Tor Johnson, Dudley Manlove, Joanna Lee, John Breckinridge, Vampira, Bela Lugosi

Ocena: 1/5

Dyskusja