Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Romeo i Julia”

Każdy, kto ukończył szkołę podstawową, przeczytał, a przynajmniej powinien był przeczytać jeden z najsłynniejszych dramatów w dziejach historii, zatytułowany „Romeo i Julia”. Jeśli tego nie zrobił, to ma poważne powody do wstydu. Zarówno dla tych, którym nie chce się czytać, jak i dla tych, którzy czytają, powstają różnej maści ekranizacje. Romeo i Julia gościli na dużym ekranie już kilka razy. Ostatnio było to w roku 1996, kiedy to australijski reżyser przedstawił światu twórczość Szekspira w dość nietypowy sposób. W ciągu tych kilku lat, które minęły od premiery filmu, nasłuchałem się wiele bardzo różnych opinii na jego temat. Postanowiłem sam go obejrzeć, by móc wyrobić sobie własne zdanie.

W Weronie władzę sprawują dwa wielkie przestępcze rody – Montekowie i Kapuleci. Pewnego dnia ci drudzy organizują w swojej rezydencji wielki bal. Przypadkiem przybywa na niego syn Monteków – Romeo. Nie mija długo czasu, a zauważa obecną na balu młodą dziewczynę. Natychmiast się w niej zakochuje. Jak się jednak później okaże, jest to Julia, córka rodu Kapuletów. Miłość nastolatków zostaje wystawiona na próbę…

Dalszy ciąg historii zna chyba każdy z nas. Reżyser „Romea i Julii” postanowił jej zbytnio nie przeinaczać. Jedyną zasadniczą różnicą, jaka dzieli opisywaną przeze mnie ekranizację od wszystkich innych jest epoka, w której osadzono akcję. Luhrmann postanowił uwspółcześnić szekspirowski dramat. Nie ma tu więc miejsca na szpady czy szable, ale na pistolety i kije bejsbolowe. Bohaterowie nie jeżdżą karetami, ale szybkimi, sportowymi samochodami. Romeo i Julia Luhrmanna to typowi ludzie dwudziestego pierwszego wieku.

Aktorstwo w „Romeo i Julii” stoi na przyzwoitym poziomie. Co niektórzy zagrali naprawdę solidnie, ale znalazło się też miejsce na kilka zgrzytów. Rola Romea przypadła w udziale słynnemu Jackowi z Titanica. Leonardo DiCaprio, bo o nim mowa, to aktor, którego nigdy nie darzyłem zbytnią sympatią. Nie pokazuje niczego specjalnego ani w życiu prywatnym, ani na ekranie, a jeśli już, to w negatywnym znaczeniu tych słów. Romea przez długi czas gra bardzo bezpłciowo, przełamuje się dopiero w okolicach połowy filmu. Do tego czasu jest jednak nieprzekonywujący. Zupełnie inaczej sprawa ma się w przypadku Claire Danes. W udziale przypadła jej druga z tytułowych ról. Aktorka ta ma duży urok osobisty, muszę przyznać, iż udało jej się zauroczyć także i mnie. Jej gra nie pozostawia nic do życzenia, Claire bardzo naturalnie zagrała Julię. Na uwagę zasługuje też Harold Perrineau. Ten czarnoskóry aktor wcielił się w najbliższego przyjaciela Romea, Merkucja. Odgrywanemu przez siebie bohaterowi dodał sporo komizmu. Kiedy jednak wymagała tego sytuacja, zmieniał się w zupełnie poważnego faceta. Tak naprawdę podczas oglądania poznajemy dwóch Merkucjów – jeden z nich to lekkoduch, drugi to zmęczony wieloletnią międzyrodową wojną człowiek. Co zaś się tyczy pozostałych ról – wypadają one bez wyjątku dobrze. Niekiedy można dostrzec pewne niedociągnięcia i błędy, jednak zdarza się to rzadko. Spośród wszystkich drugoplanowych postaci, najlepiej wypada ojciec Laurence. Wcielił się w niego słynny Pete Postlethwaite – aktor wszechstronnie uzdolniony, grający świetnie tak w horrorach („Omen”) i science-fiction („Aeon Flux”) jak i dramatach („Wierny Ogrodnik”) czy filmach przygodowych („Zaginiony Świat: Jurassic Park”). W „Romeo i Julia” wypadł wyśmienicie.

Oprawa muzyczna filmu może być doskonała bądź niezadowalająca. Zależy jak na to spojrzeć. Oglądaniu obrazu towarzyszą bowiem nie melancholijne, przyjemne dla ucha melodie, tak jak można by się tego spodziewać, ale współczesne popowe kawałki. Opinie na temat tego zabiegu będą z całą pewnością podzielone. Moim zdaniem jest to jednak dobre posunięcie, gdyż jeśli już mamy uwspółcześniać dzieło, to w każdym jego aspekcie. Jeżeli komuś nie przeszkadza przeniesienie akcji do dwudziestego pierwszego wieku, to nie powinna przeszkadzać współczesna muzyka. W mojej prywatnej opinii oprawa muzyczna to jeden z plusów „Romea i Julii”.

Na koniec wypadałoby jeszcze wspomnieć o dwóch rzeczach. Pierwsza to nastrój w czasie oglądania. Nie wiem czemu, ale obserwując to, co działo się na ekranie, przyszedł mi na myśl Quentin Tarantino. Trudno mi powiedzieć dlaczego, ale gdzieś pod całą tą miłosną przykrywką dało się odczuć specyficzny dla Tarantina sposób robienia filmów. Bardzo możliwe, że Luhrmann celowo nadał swemu dziełu szczyptę Quentinowskiego klimatu. Drugą sprawą jest język, jakimi posługują się bohaterowie. Pozostał on właściwie niezmieniony w stosunku do oryginału. Oznacza to, że oglądając „Romea i Julię” będziemy mieli okazję zobaczyć DiCapria recytującego szekspirowskie rymy. A zapewniam, iż „boski” (phi!) Leonardo wygląda przy tym nad wyraz zabawnie (nie lubię DiCapria!). Jednak sam pomysł pozostawienia dialogów bez zmian uznaję za dobry.

Ogólnie rzecz biorąc, „Romeo i Julia” to film całkiem udany. Początkowo obawiałem się wszystkich tych unowocześnień, które wprowadził Luhrmann, jednak ostatecznie okazało się, iż były to obawy bezpodstawne. Niewątpliwie najsłabszą stroną obrazu jest Leonardo DiCaprio (wspominałem już, że go nie lubię?). Trudno się przyczepić do całej reszty. Film zapewne wzbudzi wiele kontrowersji wśród widzów – przede wszystkim za sprawą uwspółcześnienia, ale i np. pozostawienia dialogów w naturalnej postaci. Mnie jednak się podobał, dlatego też wystawiam taką, a nie inną ocenę.

Tytuł: Romeo i Julia
Tytuł oryginału: William Shakespeare’s Romeo + Juliet
Reżyseria: Baz Luhrmann
Scenariusz: Craig Pearce , Baz Luhrmann
Muzyka: Nellee Hooper , Des’ree
Data premiery: 1997-04-11 (Polska) , 1996-11-01 (Świat)
Czas trwania: 120 minut
Kraj: USA
Obsada: Leonardo DiCaprio, Claire Danes, Brian Dennehy, John Lequizamo, Pete Postlethwaite

Ocena: 7/5

Dyskusja