Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Shutter – Widmo”

Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem japońskich horrorów. Filmy takie jak „Klątwa” czy „Dark Water” uważałem za nudne i trudne w odbiorze. Jedynie „Ring” wzbudził we mnie takie emocje, jakie budził u większości innych znanych mi osób, które go obejrzały. W lutym tego roku na ekranach kin pojawiła się produkcja o tytule „Shutter – Widmo”. Uprzedzony do wschodnich filmów grozy, nie udałem się do kina. Niedawno jednak w moje ręce wpadła edycja DVD tegoż obrazu. Skorzystałem z okazji i obejrzałem. Cóż mogę powiedzieć? Zostałem pozytywnie zaskoczony.

Pewnej nocy, wracając samochodem z przyjęcia, Tun i Jane potrącają na drodze za miastem dziewczynę. Pod wpływem krzyków Tun, uciekają z miejsca wypadku. Para bohaterów powraca do Bangkoku, tylko że ich życie nie jest już takie jak dawniej. W nocy Jane prześladują koszmary, a Tun, fotograf, dostrzega na swoich zdjęciach widma dziwnych postaci. Jane i Tun postanawiają zbadać miejsce wypadku, by dowiedzieć się, że uszkodzony billboard to jedyne wyrządzone przez nich szkody. Ale gdy najbliżsi przyjaciele Tun zaczynają ginąć jeden po drugim, nasi bohaterowie zdają sobie sprawę, że muszą rozwikłać zagadkę, zanim ich życie legnie w gruzach.

Na pierwszy rzut oka fabuła może wydać się niezbyt odkrywcza. Jest to jednak mylne wrażenie. Początkowo historia zdaje się być mało oryginalna, jednak akcja rozwija się nad wyraz interesująco. Motyw z duchami pojawiającymi się na zdjęciach uważam za bardzo ciekawy. Tym bardziej, iż zagadka przedstawiona w „Shutter – Widmo” wcale nie jest taka prosta jak mogłoby się wydawać.

Film jest niespodziewanie dobry pod względem aktorskim. Zatrudniono do niego mało znanych, młodych, najprawdopodobniej pochodzących z Tajlandii ludzi, a jednak spisali się oni nad wyraz dobrze. Na największą pochwałę zasługują osoby wcielające się w główne role – bez mała wypadają bardzo naturalnie i przekonywująco. Nie inaczej jest jednak z aktorami drugoplanowymi. Dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa matka zamordowanej Natry. Uderzający był dla mnie motyw rodzicielki, która nie zgadza się na kremację swej martwej córki i przechowuje jej zwłoki w łóżku. Wrażenie swojego rodzaju psychozy spotęgowała we mnie właśnie jej gra. Ostatecznie, doskonale wypadła Achita Sikamana. To o nią wszystko się rozchodzi. Jej rola nie była prosta, jednak jak się okazało, Achita nie miała większych problemów w odgrywaniu nieśmiałej, zakompleksionej dziewczyny, która dotąd nigdy nie miała przyjaciół, aż w końcu zakochała się w głównym bohaterze. Niewątpliwie – gra aktorska to jedna z najmocniejszych stron obrazu.

Oprawa dźwiękowa sprawia pozytywne wrażenie. Wschodni reżyserzy zdążyli już przyzwyczaić europejskiego widza do dość nietypowego sposobu na wykorzystanie dźwięku, ale kto wie, może właśnie dlatego tak wiele osób ściąga do kin na japońskie horrory. Twórcy bowiem miast używać muzyki, starają się operować ciszą. I robią to całkiem zręcznie. Odniosłem wrażenie, iż w momentach, w których dowolny amerykański reżyser umieściłby podkład muzyczny, autorzy „Shutter – Widmo” każą widzom wsłuchiwać się w ciszę. Wywiera to zamierzony efekt, odpowiednio nastraja i działa na wyobraźnię. Nie oznacza to, że w filmie nie ma muzyki. Jest i to całkiem niezła. Podobnie z dźwiękiem, który autorzy wykorzystują w fenomenalny sposób – pomaga on bardzo w straszeniu widza.

Czy jednak Banjong Pisanthanakun i Pakpoom Wongpoom wystraszyli mnie w jakiś specyficzny sposób? Prawdę mówiąc, nie. Wystraszyli mnie tak, jak robili to twórcy filmów takich jak „Ring”. Podobnie jak tam, także i tutaj duch objawia się w postaci czarnowłosej dziewczyny ze spuszczoną głową. Niektórzy mogą powiedzieć – to już było, to już nam się przejadło. Owszem. Na mnie jednak ciągle wywiera ten sam skutek. W połączeniu ze świetnym dźwiękiem, który uderza nagle i niespodziewanie właśnie w tych momentach, gdy na ekranie dzieje się coś ważnego efekt jest oszałamiający. Reżyserzy nie straszą w sposób nowatorski – niemniej jednak w „Shutter – Widmo” aż roi się od scen i momentów, które po prostu wbijają w fotel – wystarczy wspomnieć choćby o niepokojących snach jednej z głównych bohaterek. Widok płaczącej, plującej krwią kobiety na długo pozostanie w mojej pamięci i nie pozwoli spokojnie spać.

„Shutter – Widmo” to film niemalże doskonały. Nie brak mu niczego. Praktycznie jedymm, a i to niewielkim minusem mogłoby być to, że twórcy straszą widzów na stare, sprawdzone sposoby. Z drugiej strony jednak, w momencie gdy tworzyli ten obraz mieli niespełna 25 lat, dobrze więc, że nie ryzykowali 'wpadki'. Poza tym, owe stare, sprawdzone sposoby ciągle się wszystkim podobają, więc w czym problem? Wszystko stoi tu na niezwykle wysokim poziomie. Od gry aktorskiej, poprzez dźwięk i muzykę, aż po atmosferę niepokoju, która towarzyszy oglądaniu. Czy więc warto oglądać ten film? Moi mili, trzeba! Każdy, kto uważa się za miłośnika horroru, musi „Shutter – Widmo” obejrzeć. Z pewnością się nie zawiedzie!

Tytuł: Shutter – Widmo
Tytuł oryginału: Shutter: They Are Around Us
Reżyseria: Banjong Pisanathnakun, Pakpoom Wongpoom
Scenariusz: Pakpoom Wongpoom , Banjong Pisanthanakun
Muzyka: Chartchai Pongprapapan
Data premiery: 2006-02-03 (Polska) , 2004-09-09 (Świat)
Czas trwania: 97 minut
Kraj: Tajlandia
Obsada: Achita Sikamana, Panu Puntoomsinchal, Unnop Chanpaibool, Achita Wuthinounsurasit, Chachchaya Chalemphol

Ocena: 9/5

Dyskusja