Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Skarb Narodów”

Mało ostatnimi czasy powstaje filmów, które zadowoliłyby miłośników archeologii i wielkich odkryć, bynajmniej nie geograficznych. Ze znanych mi tego typu produkcji, poza kultowym Indianą Jonesem, mógłbym wymienić tylko dwa obrazy, i obydwa z nich to chłodno przyjęte przez widzów i krytykę ekranizacje przygód Lary Croft, znanej z komputerowej serii Tomb Raider. Dlatego też informację o tym, że na ekranach naszych kin pojawi się „Skarb Narodów”, przyjąłem z dużą satysfakcją, ale i nadzieją.

Rodzina Benjamina Franklina Gatesa od sześciu pokoleń zajmuje się poszukiwaniem skarbu zakonu templariuszy, który podobno kiedyś trafił do Ameryki i ponad 200 lat temu został ukryty przez Ojców Założycieli. Ben trafia na pewien trop: okazuje się, że mapa prowadząca do skarbu ukryta jest (jako niewidzialny zapis) na odwrocie Deklaracji Niepodległości. Niestety, w posiadanie tej informacji wchodzi także bardzo niebezpieczny człowiek, Ian Howe. W tej sytuacji Ben decyduje się skraść niezwykle pilnie strzeżony dokument i pokrzyżować plany rywala. Może liczyć na pomoc swego przyjaciela, geniusza komputerowego Rileya, i pięknej archiwistki, doktor Abigail Chase.

Jeśli miałbym w wielkim skrócie określić, czym jest „Skarb Narodów”, rzekłbym, że połączeniem dwóch wielkich kinowych serii: przygód Indiany Jonesa oraz Jamesa Bonda, przeplatanych przygodami panny Croft. Oglądając film uświadczymy zarówno zejścia do ukrytego wiele metrów pod ziemią skarbca i konfrontacji między dwoma stronami, które chcą go posiąść, jak i pokazu możliwości amerykańskich speców od wysokich technologii. Nie zabraknie tu więc paru odjazdowych gadżetów, takich jak czytnik odcisków palców, czujnik wychwytujący nawet najdrobniejsze wahania temperatury, czy kamera szpiegowska w instalacji.

Dobór obsady oraz poziom, jaki reprezentuje ona w „Skarbie Narodów” sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Nicolas Cage wydaje się być idealnym wyborem do roli głównego bohatera, mimo iż jego gra momentami szwankuje. Bardzo dobrze spisuje się też Diane Kruger, którą wielu pamięta zapewne z całkiem dobrej roli Heleny w filmie „Troja”. Uwagę przyciąga nie tylko jej ładna gra, ale i uroda, której nie sposób niemieckiej aktorce odmówić. Nieco komiczną rolę odegrał Justin Bartha. Bohater, w którego się wciela jest z jednej strony swojego rodzaju nieudacznikiem, z drugiej natomiast specjalistą w dziedzinie informatyki i komputerowych zabezpieczeń. Bartha pokazuje się mimo wszystko od nienajgorszej strony i prawdopodobnie to scenariusz oraz zarysy bohaterów, a nie jego postawa powodują, że odgrywany przez niego Riley Poole jest mało przekonywujący. Zupełnie nienaturalny, a niekiedy wręcz dziwny i komiczny wydał mi się John Voight, ojciec słynnej Angeliny Jolie, któremu w udziale przypadła rola Patricka Gatesa, a który za kilka miesięcy ma się pokazać na naszych kinach w filmie „Jan Paweł II”. Co więcej, ma zagrać naszego wybitnego rodaka. Po tym, co zobaczyłem w „Skarbie Narodów”, nie jestem do niego przekonany. Na szczęście główny zły, czyli filmowy Ian Howe, pokazuje się od znacznie lepszej strony. Sean Bean, bo o nim mowa, to bardzo zdolny aktor, mający to szczęście, że zwykle grywa w obrazach, które okazują się później kinowymi hitami. Wystarczy przypomnieć o Władcy Pierścieni (wystąpił jako Boromir), Troi, Planie Lotu, Wyspie czy Silent Hillu, który już niedługo będzie gościł na ekranie polskich kin.

Dobre wrażenie sprawia oprawa dźwiękowa filmu. Podkład muzyczny do „Skarbu Narodów” został prawidłowo dobrany. Podczas oglądania natkniemy się na kilka naprawdę niezłych, niekiedy pozwalających się rozluźnić, a znacznie częśćiej tych budujących napięcie, kawałków. Pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi na myśl podczas słuchania tych utworów – to „Indiana Jones”. Film ten obfitował w podobne brzmienia. Co do jakości dźwięku w „Skarbie Narodów” też trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Ot, stoi on na poziomie solidnej hollywoodzkiej produkcji.

Film cechują również całkiem ładne zdjęcia, oraz niezgorsza scenografia. Bardzo ładnie wygląda sam skarbiec, do którego koniec końców bohaterowie obrazu docierają. Jednak całkiem podobny mogliśmy podziwiać w jednym z filmów o przygodach Indiany Jonesa. Mimo iż podziemia pod kościołem, w których ukryty jest skarb Templariuszy, wyglądają całkiem przyzwoicie, to nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wszystko to już gdzieś widziałem. Zdjęcia w wielu momentach budzą u widza zachwyt, jednak w „Skarbie Narodów” znajduje się też kilka scen sfilmowanych po prostu niezdarnie. Jedną z nich mamy nieprzyjemność oglądac w momencie, gdy drewniane schody prowadzące w dół, do skarbca, zapadają się i bohaterowie muszą chwytać się czego popadnie, aby tylko nie spaść kilkudziesięciu metrów w dół.

Jak przystało na hollywoodzki film przygodowy z elementami sensacji, nie zabrakło tu efektownych pościgów i strzelanin. Niestety, wszystko to zostało do granic możliwości przejaskrawione. Bohaterowie filmu zostali według mnie nadmiernie zheroizowani. Bo jak mamy tłumaczyć fakt, że filmowa Abigail podczas sceny ucieczki z muzeum trzyma się otwartych drzwi auta i nie ma z utrzymaniem chwytu większych problemów, mimo że samochód pędzi z szybkością sporo przekraczającą limit prędkości w zatłoczonych miastach? To w sumie jeszcze dałoby się znieść… ale kiedy puściła wspomniane drzwi jedną ręką i usiłowała przeskoczyć do auta obok, zostałem wręcz wbity w fotel. Nic to, że scena zapiera dach w piersiach i jest zrealizowana po mistrzowsku, skoro nie ma w niej ani krzty realizmu. Nie pomylę się, jeśli stwierdzę, że sama Lara Croft zawstydziłaby się, widząc Diane Kruger w akcji. Podobnie jest jednak z bohaterem odgrywanym przez Cage’a. Na moje oko, w ciągu całego filmu zostało w niego wystrzelonych coś około dwudziestu kul, z odległości niekiedy ledwie przekraczającej dziesięć metrów. I co? Żadna z nich nie trafiła! Każda albo cudownie przeszywa powietrze, lub wbija się w zasłonę, za którą filmowy Benjamin się chowa. Pozostaje tylko pytanie – skąd filmowy Ian Howe wytrzasnął tak nieudolnych strzelców? Mimo, triki odprawiane przez bohaterów zostały zrobione w bardzo przywoity sposób, to po jakimś czasie wspomniany brak realizmu zaczyna dawać się we znaki. Rozumiem, że to film przygodowy i niekiedy nie da się takich niedociągnięć uniknąć… ale to, co ma miejsce w „Skarbie Narodów” to lekka przesada.

„Skarb Narodów” to film, który ogląda się z nieukrywaną przyjemnością i satysfakcją. Obraz owszem, posiada wiele niedociągnięć, takich jak momentami naiwny scenariusz oraz wyheroizowani do granic możliwości bohaterowie, ale wierzcie mi, da się na to przymknąć oko. W trakcie seansu uświadczymy dużo dobrej zabawy. Dopiero po wyjściu z kina (ew. wyłączeniu odtwarzacza DVD) dostrzeżemy szereg błędów i niedoróbek, które Jon Turteltaub w swojej produkcji popełnił. Ogólnie rzecz biorąc – „Skarb Narodów” jest obrazem wartym obejrzenia… ale żadnych rewelacji nie należy się po nim spodziewać.

Tytuł: Skarb Narodów
Tytuł oryginału: National Treasure
Reżyseria: Jon Turteltaub
Scenariusz: Jim Kouf , Marianne Wibberley
Muzyka: Trevor Rabin , Paul Linford
Data premiery: 2005-01-28 (Polska) , 2004-11-08 (Świat)
Czas trwania: 100 minut
Kraj: USA
Obsada: Nicolas Cage, Harvey Keitel, Diane Kruger, John Voight, Sean Bean

Ocena: 7/5

Dyskusja