Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Trzynasty wojownik”

Arabski szlachcic dostaje się w niełaskę po tym, jak nieodpowiednio odnosi się do mężatki, żony pewnego wpływowego człowieka. Tenże człowiek żali się władcy, a władca naszego bohatera wysyła go na wygnanie – mianuje go dyplomatą, który ma wyruszyć na północ, do kraju Norsemanów, czyli wikingów. Po drodze spotykają rzeczonych wikingów, którzy otrzymują poselstwo: jest potrzebna pomoc w ich ojczyźnie. Po konsultacji z wróżbitką, okazuje się, że powinno wyruszyć trzynastu wojowników. Pierwszych dwunastu zgłasza się samych, ale trzynasty musi nie być wikingiem. Stąd też wybór pada na Ahmeda…

Tak właśnie zaczyna się „Trzynasty Wojownik”. Niezbyt to oryginalna fabuła, ale powiedzmy, że po tego typu produkcjach niewiele powinniśmy się spodziewać. Film został nakręcony w 1999 roku, główną rolę
w nim gra Antonio Banderas. Z pozostałych nazwisk wyróżnia się tylko Omar Sharif, który gra rólkę epizodyczną (zamyka się w pierwszym akapicie mojej recenzji). Reszta to nieznani szerszej publice aktorzy.

Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, była sama fabuła. Wikingowie i Arabowie? Gdzie, jak i po co? Taki miks kultur jest, i owszem, pomysłem ciekawym, ale średnio strawnym. Dodajmy do tego głównych przeciwników naszych bohaterów, którzy wzorowani są chyba na jakichś dzikich kanibalach z okolic dzisiejszego Mozambiku (daleko na północy!) i już widzimy, że ten film, w założeniu pseudo-historyczny nie może być tak traktowany. Wzbudzałby wtedy tylko śmiech. Ja podszedłem do niego jak do filmu fantasy i bawiłem się w sumie nieźle. No, ale po kolei…

Przede wszystkim, jednym z największych plusów jest dobór aktorów. Nie chodzi mi tutaj o Antonio Banderasa (bo gra dobrze, ale też jego rola nie jest wybitna), a raczej o tych ludziach, którzy grali wikingów. Wyglądali jak należy i naprawdę imponująco do tego. Brody, warkocze, długie blond (lub rude) włosy… wszystko na miejscu. Do tego, jak zawsze w takich filmach, każdy z „parszywej dwunastki” ma swoje cechy indywidualne. Choć niezbyt zarysowane, to jednak – imion nie zapamiętujemy co prawda, ale wrażenie pozostaje. Należy też dodać, że przez pierwsze momenty filmu, wszyscy norsemani mówią w zdecydowanie „północnym” języku. Są tłumaczeni na arabski, ale tenże arabski słyszymy po angielsku. Co jest zupełnie zmarnowanym pomysłem… Gdyby zamiast angielskiego było słychać arabski (a słychać też grekę i łacinę), a do tego napisy, to byłoby to na pewno ciekawsze.

Drugim plusem jest muzyka. Napisana przez Jerry’ego Goldsmitha, jest odpowiednia do tego typu filmu. Nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym, ale da się jej słuchać, nie przeszkadza, a momentami nawet dobrze buduje napięcie.

Została jeszcze kwestia „smaczków”. Nazywam tak drobiazgi, które umilają odbiór filmu.
W „Trzynastym Wojowniku” jest ich kilka, ale dwa szczególnie zapadły mi w pamięć. Ahmed nie mogąc nauczyć się walczyć (ciąć, właściwie) mieczem, dopada do narzędzi kowalskich i spiłowuje miecz wikiński na szablę. Efekt jest ciekawy, no i, co ważniejsze, działa. Takim „smaczkiem” jest też pojedynek jednego
z głównych wikingów ze swoim ziomkiem – ma to na celu ostrzeżenie kolejnej osobistości. Swoją drogą – ten wątek nagle się urywa i nie jest kontynuowany. A szkoda. Bo po prostu nie wiemy, co dzieje się z rzeczoną „osobistością”.

W dosyć schematyczny sposób są ukazani w filmie wojownicy wikingów. Jest to banda pijących na umór, honorowych do bólu, ale ciągle rubasznych i rozbawionych indywiduów. Trochę to razi, bo większość kwestii które słyszymy z ust tych postaci na początku filmu, to śmiech. No cóż…

Kolejnym zarzutem do filmu są dziwaczne pancerze kompanii. Mają oni na sobie różne rzeczy, mniej lub bardziej do siebie pasujące, ale część z nich wygląda jak wyjęta z XVI lub XVII wieku… Nie znam się na historii na tyle, żeby być stu procentowo pewnym, że nie istniały wtedy (wtedy, znaczy w X wieku) podobne pancerze do późniejszych, ale na tyle, na ile wiem, to jest to co najmniej dziwne. Oczywiście, jeśli traktujemy ten film jak fantasy, to ujdzie to w tłoku.

Oczywiście nie mogło się obyć bez kilku wpadek w zakresie… jakby to nazwać… „poetyki”. Mamy więc postać, która umiera przez kilka sekund, przebijana coraz to nowszymi oszczepami… Jest Ahmed, który nagle zaczyna zabijać wrogów jak szalony (przedtem szło mu to miernie), oraz ta sama postać, która miota się bez sensu uderzając (czy właściwie – nie uderzając) w nieobecnych wrogów… Zauważyłem też wpadkę ekipy jako takiej. Banderas ma w jednej chwili włosy dłuższe, a już w następnej scenie, fabularnie oddalonej od poprzedniej o może 10 minut, jego włosy są krótkie. Jak to wytłumaczyć? Oczywiście, jest też trochę niepotrzebnego patosu… Oraz obowiązkowo wątek miłosny (na szczęście prawie w ogóle nie rozwinięty).

Mam też spore zastrzeżenie do walk. Są one tak chaotyczne, że nic nie można z nich zobaczyć. Widać tylko ciągle rozmyte kształty i uderzających nie wiadomo w co wojowników… Samych walk jest też stanowczo za dużo (dwa razy prawie taka sama bitwa), oraz nie są one ciekawe. Choć pojedynek (wspomniany przy „smaczkach”) trzyma w napięciu, mimo przewidywalnego zakończenia.

Podsumowując. Jest to film, który można obejrzeć raz. Ale nie trzeba, bo jest wiele lepszych. Ja sam obejrzałem go z własnej woli, ponieważ widziałem już wcześniej zdjęcia z „Trzynastego Wojownika” i mi się spodobały. Nie żałuję, ale właściwie mogłem ten czas poświęcić na coś innego…

PLUSY:
– Wygląd aktorów
– „Smaczki”
MINUSY:
– Fabuła
– Główni wrogowie
– Pancerze Wikingów
– Schematyczni Wikingowie
– Schematyczne postacie, ogółem

Tytuł: Trzynasty Wojownik
Tytuł oryginału: The 13th Warrior
Kraj: USA
Czas trwania: 102 minuty
Data premiery: 1999-11-12
Reżyseria: John McTiernan
Obsada: Antonio Banderas, Diane Venora, Dennis Storhri, Vladimir Kulich

Ocena: 6/5

Dyskusja