Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Wojna Światów”

Ray Ferrier, rozwiedziony ojciec, dostaje na kilka dni pod opiekę własne dzieci, podczas gdy żona ze swym nowym wybrankiem ma zamiar udać się do Bostonu w odwiedziny do swojej matki. Gdy rozpętuje się straszliwa burza, podczas której błyskawice rozświetlają niebo, a nie słychać grzmotów, okazuje się, że ten dzień nie będzie dla Ray’a kolejnym beztroskim. Ray jeszcze nie wie, że rozpoczyna się inwazja obcych istot z kosmosu…

„Wojna Światów” to ekranizacja kultowej powieści H.G. Wellsa, uznawanej wszem i wobec za klasykę gatunku. Steven Spielberg, będąc reżyserem tej produkcji, nie dokonał zekranizowania książki w pełnym tego słowa znaczeniu. Wiele rzeczy zostało zmienionych. Domyślnie akcja filmu miałaby miejsce w Anglii w XX wieku. Spielberg postanowił jednak osadzić ją we współczesności oraz – a jakże – w Stanach Zjednoczonych.

Zanim wybrałem się na ten film, przeczytałem na jego temat najróżniejsze opinie. Krytycy spoglądali na produkcję przychylnym okiem i wysoko ją oceniali, natomiast wiele osób wypowiadających się na forach poświęconych science-fiction stanowczo odradzało oglądanie tego obrazu, broniąc się poważnymi argumentami. Okazało się, że obydwie grupy częściowo miały rację. Bowiem dawno nie miałem tak mieszanych opinii na temat jakiegokolwiek filmu, jak po obejrzeniu „Wojny Światów”. Mimo to, zdecydowanie przeważały te pozytywne uczucia…

Zacznijmy może od tego, że tak naprawdę, to nie wiadomo o co w tym filmie chodzi. Nie czytałem powieści Wellsa, tak więc nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest to wina pisarza czy też filmowców. Czego się jednak czepiam? Ano tego, że nie mam pojęcia, w jakim celu obcy przybyli na ziemię. Może nie mieli co robić? A może tak im się podobało? Z fabuły nie wynika, w jakim celu potwory chcą zniszczyć naszą planetę – bo nawet jeśli miałoby to być wyłącznie z żądzy krwi, to powinno zostać to w filmie powiedziane, lub przynajmniej w pewien sposób zasugerowane. To jednak nie jedyny mankament związany z fabułą. Innym, choć na pewno równie ważnym, są niedokończone, zbędne, lub po prostu zmarnowane wątki. Posłużę się tutaj dwoma przykładami: pierwszy to spotkanie przez Ray’a starej znajomej przy promie, a drugi to scena na przejściu kolejowym. Odnośnie fabuły dopatrzyłem się jeszcze kilku bardzo drobnych błędów, jednak wymienianie ich wszystkich zdecydowanie mijałoby się z celem i w większym stopniu zniechęciłoby Was do obejrzenia filmu, podczas oglądania którego na kiepską fabułę raczej nie zwraca się uwagi.

Na pochwałę częściowo zasługuje gra aktorska. Dlaczego częściowo? Odpowiedź jest prosta – ponieważ część aktorów spisała się wyśmienicie, a część zagrała po prostu sztucznie, nawet jeśli się starała. Najlepiej zagrała, w tym przypadku nie mam żadnych wątpliwości, mała Dakota Fanning. Od jakiegoś już czasu twierdzę, że wyrośnie z niej naprawdę zdolna aktorka, a oglądając coraz to kolejne produkcje z jej udziałem, jedynie się w tym przekonaniu utwierdzam. Słynny Tom Cruise, grający Ray’a, spisał się po prostu dobrze i trudno mieć wobec niego jakiekolwiek zastrzeżenia. Bardzo słabo natomiast zagrał Justin Chatwin, któremu przypadła w udziale rola Robbie’go. Jednak także i jemu zdarzają się pozytywne przebłyski.

Bardzo dobre wrażenie robią sami obcy, a zwłaszcza ich ogromne pojazdy, które jak się okazuje, tkwiły pod skorupą ziemską. Obcy to jak zwykle obślizgłe, plugawe istoty, ale w przypadku „Wojny Światów” ich głowy są raczej kanciate niż owalne. Stwory te pojawiają się tylko podczas sceny w piwnicy oraz przy zakończeniu filmu. Znacznie częściej mamy okazje oglądać maszyny, w którymi kierują.

Jeśli już mówię o wyglądzie stworów, powinienem też wspomnieć o efektach specjalnych. Stoją one na bardzo wysokim poziomie. Eksplozje i wybuchy wyglądają tak jak powinny, tak samo jak pioruny oraz wyładowania energetyczne, którymi strzelają obcy. Sceny walk wyglądają bardzo efektownie, ale niestety nie uświadczymy ich zbyt wiele. Twórcy niestety pozbawili widzów jakiejś większej bitwy. Nawet w momencie kiedy wojsko dojeżdża do miejsca, w którym znajdują się pojazdy obcych, jesteśmy uraczeni jedynie kilkoma eksplozjami, a kamera ukazuje bitwę zza wzgórza – a więc praktycznie jej nie ukazuje, gdyż słychać jedynie jej odgłosy. Jakby jednak nie mówić, mimo że walk jest troszkę za mało, to trzymają one niemal wybitny poziom, tym bardziej, że są wspomagane przez świetne efekty specjalne.

Skoro już byliśmy przy odgłosach – w „Wojnie Światów” niemal nie zauważyłem muzyki, tak więc na jakimś szczególnie wysokim poziomie ona nie stoi. Co innego, jeśli chodzi o dźwięk. Odgłosy obcych, wstrząsy wywołane przez kroczące Trójnogi oraz dźwięk poprzedzający ich nadejście brzmią niezwykle realistycznie i nie można im nic zarzucić.

„Wojna Światów” to produkcja, która na długo zapadnie mi w pamięć. Obraz ten powinni zobaczyć wszyscy miłośnicy efektownego science-fiction, a zwłaszcza Ci, którym nie powinny przeszkadzać drobne wady. Jak już mówiłem, z kina można wyjść z uczuciem niepewności. Ale to tylko dlatego, że dopiero po wyjściu z sali w głowie widza zaczynają się rodzić domysły, czemu niektóre rzeczy w filmie zostały ukazane tak, a nie inaczej. Zaczyna on wtedy szukać nielogiczności, których trochę da się w produkcji znaleźć. Mimo to, podczas samej projekcji trudno się nudzić, i polecam ją gorąco. Film zdecydowanie jest warty wydania kilkunastu złotych na bilet.

Tytuł: Wojna Światów
Tytuł oryginału: War of the Worlds
Reżyseria: Steven Spielberg
Scenariusz: David Koepp , Josh Friedman
Muzyka: John Williams
Data premiery: 2005-07-08 (Polska) , 2005-06-13 (Świat)
Czas trwania: 116 minut
Kraj: USA
Obsada: Tom Cruise, Dakota Fanning, Tim Robbins, Miranda Otto

Ocena: 7/5

Dyskusja