Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Zathura: Kosmiczna Przygoda”

Wybierając się do kina na „Zathurę”, oczekiwałem, że przyjdzie mi zobaczyć przeciętny, przesiąknięty fajerwerkami film science-fiction, będący klonem „Jumanji”. Spodziewałem się też, że będzie to obraz przeznaczony głównie dla małolatów, jednakże nie przeszkadzało mi to, wychodzę bowiem z założenia, że od czasu do czasu każdy z nas powinien odnaleźć w sobie coś z dziecka. „Zathura” stanowi doskonałą ku temu okazję. Produkcja ta okazała się dla mnie zaskoczeniem – w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Film opowiada o dwóch wiecznie kłócących się ze sobą braciach, którzy podczas zabawy z tajemniczą grą planszową znalezioną w piwnicy, przedostają się do mrocznej przestrzeni kosmicznej. Szybko okaże się, że aby ukończyć grę i wrócić do domu, będą musieli działać wspólnymi siłami. Nie zważając na swe dotychczasowe kłótnie muszą teraz ze sobą współpracować – w przeciwnym wypadku zostaną na zawsze uwięzieni w przestrzeni kosmicznej.

Pierwszym, co rzuca się w oczy już po kilku minutach od rozpoczęcia seansu, jest uderzające podobieństwo do wspomnianej już wcześniej produkcji „Jumanji”. Można powiedzieć, że wydarzenia, które mają miejsce w „Zathurze”, odbywają się według niemalże identycznego schematu jak w przypadku obrazu Johnstona z 1995 roku. Jest gra planszowa, jest inna rzeczywistość, jest w końcu alternatywny obraz przyszłości. Podstawowa różnica między tymi dwoma filmami polega jednak na tym, że acja „Jumanji” miała miejsce w równoległym ku naszemu świecie, do którego trafiały istoty z planszówki i odbywały się wydarzenia rodem z gry, natomiast „Zathura” przenosi graczy w inną rzeczywistość, do zupełnie innego miejsca, aniżeli to w którym znajdowali się przed rozpoczęciem zabawy. Poza tym jednak wszystko wygląda bardzo podobnie.

Pochwała należy się twórcom za dobry dobór aktorów. Do sposobu odgrywania bohaterów przez dwóch głównych bohaterów nie można mieć w sumie większych zastrzeżeń. Niestety, dużym mankamentem polskiego wydania filmu jest fatalny dubbing. Podłożone głosy średnio pasowały do aktorów, poza tym pojawiły się trudności ze zgraniem dubbingu z ruchami warg. Z tego względu trudno oceniać grę aktorską, choć wydaje się być ona nienajgorsza. Filmowi Danny i Walter to postacie dość ciekawe. Mimo to, odczuwałem lekki niepokój, kiedy to po kilkudziesięciu minutach seansu nadal byli oni właściwie jedynymi bohaterami, którzy występowali w obrazie. Po jakimś czasie do schronienia chłopców przybył jednak zagubiony astronauta. Odgrywany przez Daxa Sheparda, szybko sprawdza się w roli opiekuna Danny’ego i Waltera, który przede wszystkim łagodzi rodzące się między rodzeństwem spory. Koniec końców okaże się, że astronauta jest znacznie ważniejszą dla fabuły postacią, niż mogłoby się z początku wydawać. Ładnie wypada Tim Robbins, którego jednak można oglądać raptem w początkowych minutach filmu, a który wcielił się w ojca chłopców. Kristen Stewart to z kolei filmowa siostra Danny’ego i Waltera. Jest to właściwie jedyna rola żeńska w „Zathurze” i choć sama postać wydaje się być dość ciekawa, to została odegrana całkiem średnio. Nic to, że po prawdzie jest na czym zawiesić oko, bo urody Kirsten odmówić nie sposób – skoro i tak kiedy tylko się pojawia, to jedynym co robi, jest strzelanie do kamery zabawnych, pełnych zdziwienia min. Odgrywana przez nią Lisa to z kolei typowa dziewczyna reprezentująca pokolenie MTV – nic, tylko faceci, muzyka i imprezy jej w głowie. Koniec końców dobrze, że jest i że w scenariuszu znalazło się miejsce na chociaż na tę jedną rolę żeńską.

Jeśli chodzi o oprawę muzyczną i dźwiękową, to nie mogę rzec nic ponadto, że prezentuje się ona przyzwoicie. Zarówno dźwięk, jak i muzyka trzymają odpowiednio wysoki poziom. Brak tutaj jakiegoś motywu przewodniego, który można by nucić pod nosem wracając do domu z kina, jednak odgrywane melodie z powodzeniem wpasowują się w tło.

Ogromnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że twórcy filmu byli bardzo powściągliwi w wykorzystaniu efektów specjalnych. Zdawałoby się, że tego typu produkcja – co tu ukrywać, adresowana głównie do młodszych odbiorców – będzie powodowała u widzów oczopląs. Tymczasem nic z tego. Nie oznacza to jednak, że fajerwerków nie ma tutaj wcale. Są, choć występują w ilości znacznie mniejszej, niż można było się tego spodziewać. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena, w której to bracia wychodzą na taras przed domem i dochodzą do wniosku, że właśnie trafili do kosmicznej przestrzeni. „Widok na Kosmos” wygląda znakomicie. Podobnie jest z wszelkiego rodzaju wybuchami i eksplozjami, których dostarczają nam przede wszystkim zorgoni, a więc istoty wędrujące po wszechświecie w swych futurystycznych pojazdach i polujących na wszystko, co żywe. Wyglądem przypominają one skrzyżowanie jaszczurki i krokodyla. Twórcy filmu przedstawili je dość komicznie. Odniosłem wrażenie, że bestie to zrobione były… jakby z gumy. Poza tym nieczęsto pokazywano je w pełnej krasie. Jeśli było to celowe posunięcie, mające dodać zorgonom tajemniczości, to z przykrością muszę uznać je za posunięcie nieudane. Zorgoni mogliby się bowiem wydać straszni tylko dla kilkuletnich widzów. Dojrzalszym kinomaniakom, a zwłaszcza tym, którzy z fantastyką i potworami z piekła rodem mają styczność na codzień, bestie te wydadzą się raczej zabawne niż przerażające. Dam sobie jednak rękę uciąć, że w rzeczywistości nikt nie chciałby stanąć nimi twarzą w twarz.

Niewiele mógłbym zarzucić scenariuszowi oraz samej fabule. Z pewnością jest ona ciekawa, choć cokolwiek by nie mówić, podobny pomysł był już wcześniej wykorzystywany w „Jumanji”. Usprawiedliwieniem może tu być jednak fakt, że oba te filmy powstały na podstawie książek tego samego autora. Tak czy inaczej, „Zathurę” ogląda się znacznie przyjemniej niż „Jumanji”. Być może dlatego, że w obrazie Jona Favreau nie było mi dane oglądać Robbina Williamsa (cóż poradzę, ot mam chyba wrodzoną antypatię do tego aktorzyny)?
Jak w każdym filmie adresowanym w dużej mierze młodszemu odbiorcy, także i w „Zathurze” znalazło się miejsce na morał. Przesłanie jest jednak bardzo delikatne i ku mojemu wielkiemu zadowoleniu, nie podaje się go widzowi zyt nachalnie. Tak czy inaczej, mówi ono, że kluczem do sukcesu jest współpraca, że rodzina to bardzo ważna wartość w życiu każdego z nas, oraz że należy akceptować różnice pomiędzy nami, gdyż to właśnie dzięki nim otaczający nas świat jest tak intrygujący i nieprzewidywalny.

„Zathura: Kosmiczna Przygoda” to film, który z pewnością warto obejrzeć. Nie jest to jakieś wielkie arcydzieło, ale bez wątpienia dobry obraz, pełen wartkiej akcji, ale też humoru i ironii. Dobra gra aktorska, niezła muzyka, ciekawa fabuła oraz koniec końców nienajgorsza oprawa wizualna sprawiają, że „Zathura” to idealne filmidło na zimowe ferie, które ostatecznie jeszcze się przecież nie skończyły. Młodsi widzowie z całą pewnością będą zachwyceni, a starsi będą się po prostu dobrze bawili. Tak czy inaczej, ja czasu spędzonego w kinie nie uważam za czas stracony.

Tytuł: Zathura. Kosmiczna Przygoda
Tytuł oryginału: Zathura. A Space Adventure
Reżyseria: Jon Favreau
Scenariusz: David Koepp , John Kamps
Muzyka: John Debney
Data premiery: 2006-01-20 (Polska) , 2005-11-08 (Świat)
Czas trwania: 113 minut
Kraj: USA
Obsada: Jonah Bobo, Josh Hutcherson, Dax Shepard, Kristen Stewart, Tim Robbins

Ocena: 7/5

Dyskusja