Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Życie, którego nie było”

Film „Życie, którego nie było” dostałem w swoje ręce w niecały kwartał po premierze. Niestety pech chciał, że przyszło mi go obejrzeć niemal rok później. Niezrażony negatywnymi opiniami krytyków, oraz niezadowoleniem znajomych, którzy widzieli obraz przede mną, postanowiłem że ja też zapoznam się z tą produkcją, choćby po to, by wyrobić sobie indywidualną opinię…

Samotna matka, którego ośmioletni syn Sam zaginął podczas katastrofy lotniczej, szuka pomocy u psychiatry. Podczas terapii dowiaduje się, że jej wspomnienia są tylko projekcją umysłu, a jej syn nigdy nie istniał. Kiedy spotyka mężczyznę podobnie doświadczonego przez los, utwierdza się w przekonaniu, że za zniknięciami dzieci kryje się tajemnica, którą wszyscy za wszelką cenę chcą zatuszować.

Fabuła filmu prezentuje się całkiem ciekawie. Przez pierwsze trzydzieści minut wydawało mi się, że oglądam „Godsend”. Obraz ten zaczynał się bowiem w bardzo podobny sposób; tam również mieliśmy załamanych rodziców oraz postać, będącą dla nich ostatnią deską ratunku. W „Życiu, którego nie było” sprawa może nie wygląda identycznie, ale podobieństwa są widoczne gołym okiem. Na tym nie kończą się podobieństwa między dwoma produkcjami, bowiem te dwa filmy łączy jeszcze jedna cecha – oba są okraszone wołającym o pomstę do nieba scenariuszem.

Aktorzy zatrudnieni do filmu spisali się nienajlepiej. Julianne Moore jako jedyna zagrała tu bardzo dobrze. Postać balansująca na granicy obłędu została przez nią odegrana niezwykle naturalnie. nie da się tego jednak powiedzieć o pozostałych członkach obsady. Filmowy towarzysz pani Moore wkłada w swoją rolę dużo serca, jednak najzwyczajniej brakuje mu aktorskiego talentu. Podobnie jest z postaciami dalszoplanowymi – nie pokazali nic, za co możnaby ich pochwalić.

Przez większość filmu towarzyszy nam ponura muzyka, która w pewien sposób buduje 'pesymistyczny' nastrój filmu. James Horner pokazał się tutaj od jak najlepszej strony… z tym, że w pewnym momencie widz przestaje zwracać uwagę na klimatyczną muzykę. Powód jest prosty – klimat po prostu ulatuje. Na atmosferę obrazu nie wpływa w końcu sama oprawa dźwiękowa, zwykle składa się na to wiele czynników, których w „Życiu, którego nie było” po prostu zabrakło.

W filmie aż roi się od różnego rodzaju niedoróbek, błędów i nielogiczności. Najbardziej rozbawił mnie moment, w którym bohaterowie stwierdzają, że zniknięcie ich dzieci odpowiedzialne są… istoty pozaziemskie! Tak, ponoć to UFO wykonuje jakiś eksperyment, który przebiegałby zgodnie z planem, gdyby nie dwa małe 'ale' – Sam oraz Lauren, czyli dwoje dzieci, które swoim zniknięciem rozpętały aferę na iście kosmiczną skalę. Powiem szczerze – w momencie gdy jeden z bohaterów wspomniał o UFO, miałem szczerą nadzieję, że to tylko żart… to po prostu do siebie nie pasowało. Klimat filmu był początkowo zupełnie inny… przypominał mi dramatothriller, a jednak później okazał się dramatem science-fiction. Poza tym – wątek istot pozaziemskich został tu potraktowany po macoszemu. Pojawia się tu jeden obcy, w dodatku w ludzkiej skórze… i niczego więcej ponadto że prowadzą pewien eksperyment, a dowództwo USA z nimi współpracuje, o ufoludkach się tutaj nie dowiemy…

„Życie, którego nie było” to film kiepski. Produkcja zupełnie nieudana, obraz, o którym szybko powinniśmy zapomnieć, że kiedykolwiek powstał… poza muzyką, nie dopatrzyłem się tutaj żadnych zalet… ani porządnej gry aktorskiej, ani scenariusza, ni zdjęć. Można obejrzeć, żeby wyrobić sobie własne zdanie… ale ostrzegam, że wieczór przy tym filmie najprawdopodobniej nie będzie wieczorem udanym.

Tytuł: Życie, którego nie było
Tytuł oryginału: Forgotten
Reżyseria: Joseph Ruben
Scenariusz: Gerald Di Pego
Muzyka: a James Horner
Data premiery: 2004-10-22 (Polska) , 2004-09-24 (Świat)
Czas trwania: 90 minut
Kraj: USA
Obsada: Julianne Moore, Dominic West, Anthony Edwards

Ocena: 2/5

Dyskusja