Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja książki „Kantyczka”

R.A. Salvatore to autor, którego książki cieszą się w Polsce wątpliwą sławą. Dojrzalsi czytelnicy fantastyki wręcz uwielbiają go krytykować, na co młodsi odpowiadają stanowczym zachwalaniem twórczości o Drizzcie. O Drizzcie, ponieważ to głównie książki o przygodach mrocznego elfa przysporzyły autorowi sławy. Dziś, gdy ISA wydaje Trylogię Klingi Łowcy, niewielu pamięta już o Pięcioksiągu Cadderly’ego – prawdopodobnie najlepszej serii, jaką Salvatore kiedykolwiek napisał.

Wysoko w spokojnych Górach Śnieżnych leży mało znana uczelniadla bardów, kapłanów, kleryków oraz innych spragnionych wiedzy. Ukryty wśród swoich kolegów, uczeń-kapłan o imieniu Cadderly musi ujarzmić wyzwoloną, pochłaniającą dusze esencję chaosu, zanim jego własne bractwo zwróci się przeciw niemu. Cadderly musi użyć wiedzy, którą opanował, i zejść w głąb katakumb, aby ocalić swoich braci i… siebie.

Biorąc książkę do ręki byłem przekonany, iż czytając „Kantyczkę” przypomną mi się te piękne lata, kiedy to byłem jedenastoletnim chłopcem i często na lekcjach w szkole podstawowej potajemnie oddawałem się lekturze pięcioksiągu. I tak było w istocie. Dzisiejsza „Kantyczka”, ma ten sam klimat co przed pięcioma laty, mimo iż tym razem postanowiłem bardziej fachowo podejść do oceniania książki. Nastroju jej odmówić nie można, mimo to nie jest pozbawiona niedociągnięć, które udało mi się zauważyć dopiero tym razem, przy drugim po podejściu do tejże powieści.

Przede wszystkim, trudno jest nie odczuć klaustrofobicznego nastroju, który towarzyszy czytelnikowi przez wszystkie trzysta trzydzieści stron. Akcja ma miejsce właściwie tylko w Bibliotece Naukowej, poza nielicznymi przypadkami, kiedy to chwilowo przenosi się do Zamczyska Trójcy. Nie wiem, czy należy to uznać za wadę, jednak przez cały czas miałem nadzieję, że bohaterowie wyjdą w końcu poza teren uczelni… wielu innych autorów na trzystu kartkach powieści z powodzeniem zmieściłoby opis podróży przez połowę Faerunu. Ale to tylko moje czepianie się… bo w gruncie rzeczy, mimo iż owa klaustrofobiczna atmosfera jest mocno odczuwalna, to nie przeszkadza zbytnio w lekturze, co najwyżej może niektórych zirytować.

Salvatore stworzył całkiem ciekawą fabułę (która będzie się w następnych tomach poprawnie rozwijać), oraz naprawdę intrygujących bohaterów. Cadderly, będący głównym bohaterem powieści, wcale nie jest jej największym atutem. Jest nim bowiem para braci-krasnoludów: Ivan i Pikel. Oboje są kucharzami w Bibliotece Naukowej, jednak zaistniała sytuacja zmusza ich do zejścia w katakumby i ponownie odżywa w nich żądza przygód, przy czym ten drugi postanawia zostać… druidem! Jest to oczywiście nie do przyjęcia – bractwa druidzkie nie przyjmują do siebie krasnali – jednak dodaje książce komizmu. Same te postacie, ich sposób wyrażania się oraz mowa niejednokrotnie wzbudziły we mnie rozbawienie. Dobre wrażenie sprawia też mniszka Danica, będąca partnerką Cadderly’ego. Nieco słabiej wypada druid Newander, którego, dzięki wszystkim Bogom, Salvatore uśmiercił już w pierwszym tomie cyklu. Jesli zaś chodzi o czarne charaktery – tu sprawa prezentuje się nieco gorzej. Kapłan Barjin wydaje się być sztuczny i nienaturalny, a już na pewno opisany w niedostatecznym stopniu. Aballister Bonaduce prezentuje się już nieco lepiej, zaś istną perełką jest Druzil, przyzwany przez niego imp, który okazuje się być dużo mniej posłusznym chowańcem, niż mogłoby się początkowo wydawać.

Jeśli chodzi o walki oraz starcia, to jak na standardy Forgottenowskie, jest ich tutaj średnia ilość. Jak przystało na Salvatore’a, ostatnie czterdzieści stron powieści to jedna wielka sieczka. Wcześniej walk jest niewiele. Trzy, może cztery… jak na ogólnie przyjęte standardy to i tak sporo. Mimo, że o rozłupywaniu głów nieumarłych można czytać i odnosić z tego pewną satysfakcję, to i tak jest tego nieco za dużo. A jeśli dobrze pamiętam, w następnych tomach walk będzie jeszcze więcej… O zgrozo.

Nie mogę się w żaden sposób uczepić jakości wydania książki. Oceniam bowiem drugie wydanie, będące odwzorowaniem wydania amerykańskiego. Okładka utrzymana jest w kremowym kolorze, a zdobi ją ilustracja kapłana Cadderly’ego celującego z kuszy do mumii Kalifa. Całość liczy trzysta trzydzieści stron, jeśli nie liczyć kilku kartek, na których reklamowane są inne powieści z cyklu Zapomnianych Krain. Trudno się też uczepić tłumaczenia, za to niekiedy zdarzają się błędy gramatyczne. Ogólnie jednak „Kantyczka” od strony technicznej prezentuje się naprawdę nienajgorzej.

„Kantyczka” to udane dzieło Salvatore’a. Warto je przeczytać choćby ze względu na to, by zobaczyć jak autor radził sobie z pisaniem, kiedy był jeszcze w szczytowej formie. Pierwszy tom pięcioksiągu Cadderly’ego to jak na standardy Forgotten Realms książka wybitna. A na standardy ‚ogólne’? Jest ciekawym powieścidłem, które delikatnie wybija się na tle innych wydanych przez ISĘ książek.

Ocena: 6/10

Wyd. ISA

Tytuł: Kantyczka
Tytuł oryginału: Canticle
Autor: R.A. Salvatore
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 336
ISBN: 83-7418-011-0
Cena: 25,90zł

Dyskusja