Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kryminalna fantastyka – recenzja książki „Władcy nocy, złodzieje snów”

Kilkanaście dni temu, będąc na konwencie Goblikon, miałem okazję poznać jednego z najbardziej rozpoznawanych polskich pisarzy fantastyki. Spotkanie z Eugeniuszem Dębskim, bo o tym panu mowa, było jednym z ciekawszych punktów programu tejże imprezy. W pewnym sensie dzięki niemu postanowiłem się z twórczością Dębskiego zapoznać. Postanowiłem zacząć od „Władcy Nocy, Złodzieje Snów” – pierwszej powieści, którą autor wydał w Fabryce Słów.

Prywatny detektyw Owen Yeates dostaje nietypowe zlecenie od pewnej staruszki. Ktoś kradnie bezcenne baseballowe pamiątki z kolekcji jej męża. Yeates podejmuje się tej pracy i dość szybko rozwiązuje problem. Niedługo potem pani Groddehaar zwierza się detektywowi ze swojego dziwnego snu. Śniło jej się, iż ktoś kradnie jej lodówkę. Nie byłoby w tym nic nienormalnego gdyby nie fakt, że jej podwładnemu śniło się zupełnie to samo, z tą drobną różnicą, iż we śnie to on był złodziejem. Yeates postanawia bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Nie może przewidzieć, iż już niedługo będzie miał do czynienia z niezwykłym przestępcą, który obiera niekonwencjonalne metody działania.

„Władcy Nocy, Złodzieje Snów” to tak naprawdę kryminał, spowity fantastycznymi smaczkami. Akcja ma miejsce w niedalekiej przyszłości. Ludzie korzystają z takich innowacji technicznych jak chipy płatnicze zamontowane w opuszkach palców, lodówki wydzielające karmę psom, nowoczesną broń palną czy systemy komputerowe sprawujące kontrolę nad domem. Ogólnie rzecz biorąc, cywilizacja opisana przez Dębskiego stoi tylko na nieco wyższym poziomie niż w otaczającej nas rzeczywistości. To, co mi się spodobało, a co dotyczy owych technologii to to, iż autor nie opisuje ich jak jakichś nieznanych nam cudów. Bohaterowie korzystają z nich w taki sposób, w jaki korzystaliby naprawdę, czytelnik czuje, iż dla pana Yeates’a wspomniane chipy płatnicze nie są niczym niezwykłym. Ot, drobnostka, która dawno już zdążyła się upowszednić, tak jak ma to miejsce np. z telefonami komórkowymi w naszym, rzeczywiście istniejącym społeczeństwie. Mimo tych umiarkowanie fantastycznych smaczków, powieść pozostaje kryminałem i w ten sposób należy ją odbierać.

Bohaterowie wykreowani przez Dębskiego to w większości przypadków postacie bardzo interesujące. Główny bohater, Owen Yeates może nie robi piorunującego wrażenia, jednak zdołałem się z nim w pewien sposób utożsamić. Spośród drugoplanowców, najlepsze wrażenie zrobiła na mnie pani Groddehaar – absolutnie niestandardowa staruszka. Ogólnie rzecz biorąc, bohaterów jest tutaj wielu, jednak większość z nich dopełnia swego żywota, zanim jeszcze Dębski zdoła bliżej zapoznać z nimi czytelnika.

Powieść dzieli się na trzy duże części. W pierwszej z nich autor skupia się na wątku pani Groddehaar i jej problemami. Druga przedstawia nam Scotta Hamisdale’a i wygląda tak naprawdę jak przydługawe, osobne opowiadanie, które bardzo luźno wiąże się z główną osią fabuły. Zajmuje ono około połowy książki. Owszem, czyta się to przyjemnie i jest to chyba najlepsza część „Władców Nocy…”. Ma się jednak nijak do całości, co najwyżej wyjaśnia kilka wątków. Mimo to, iż opowiadanie to zostało w powieści umieszczone na siłę, pozostało nieodparte to ostatniej przeczytanej strony. Trzecia część to punkt kulminacyjny całości. Zostaje tu rozwiązana zagadka zarówno morderstw, jak i snów, choć muszę przyznać, iż samo zakończenie pozostawia trochę do życzenia. W każdym bądź razie, po przeczytaniu ostatniej strony czułem się nieusatysfakcjonowany.

Mimo wszystko, lektura tej książki była całkiem przyjemna. Zagadka, którą usiłuje rozwikłać Owen (opcjonalnie, Scott) zaintrygowała mnie, przez co trudno było mi się oderwać od czytania. Akcja posuwa się do przodu w zadowalającym tempie i kilkakrotnie przybiera nieoczekiwane zwroty. W całej powieści natknąłem się tylko na kilka dłużyzn. Większość z nich wynikała z faktu, iż Dębski starał się opisywać wszelkie miejsca, rzeczy i sytuacje aż nazbyt dokładnie. Czasem wystarczyłoby tylko kilka słów opisu, a tymczasem autor rozpisuje się na pół strony. Wiem, że duża rzesza czytelników to lubi, ja jednak często łapałem się na omijaniu tych wielozdaniowych poematów. Cokolwiek by jednak nie było, styl Dębskiego jest niezły. Niezbyt lekki, ale przy tym niespecjalnie trudny. Ot, całkiem typowy, przeciętnemu czytelnikowi powinien się spodobać.

„Władcy Nocy, Złodzieje Snów” to jedna z pierwszych wydanych przez Fabrykę Słów książek. Wydawnictwo stanęło jednak na wysokości zadania i dobrze wywiązało się ze swojego zadania – literówek i podobnych im kruczków nie ma tu prawie wcale. Znalazło się za to miejsce na bardzo ładne, mimo iż czarno-białe, ilustracje. Kolorowa jest za to okładka. Nie wiem czemu, ale ilekroć na nią spojrzałem, przedstawiony na niej pan natychmiast kojarzył mi się z komisarzem Zawadą z serialu „Kryminalni”. Powieść liczy czterysta sześćdziesiąt osiem stron i kosztuje niespełna dwadzieścia siedem złotych.

Czy zatem warto „Władców Nocy…” czytać? Myślę, że tak. Mimo kilku drobnych niedociągnięć, książka ta jest nieźle napisana i może umilić kilka jesiennych wieczorów. Jeśli ktoś lubi literaturę kryminalną przeplataną elementami fantastycznymi, to z pewnością się nie zawiedzie. Emocje towarzyszące mi po przeczytaniu powieści najlepiej zobrazuje ocena końcowa. Był to mój pierwszy kontakt z twórczością Dębskiego – ale najprawdopodobniej nie ostatni.

Wyd. Fabryka Słów

Ocena: 7/10

Tytuł: Władcy Nocy, Złodzieje Snów
Tytuł oryginału: Władcy Nocy, Złodzieje Snów
Autor: EuGeniusz Dębski
Rok wydania: 2002
Ilość stron: 468
ISBN: 83-89011-03-4
Cena: 26,99zł

Dyskusja