Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Melinda marzenie – recenzja komiksu „Melinda”

Niewyraźnie, czy może tylko w wyobraźni...

Są takie baśnie, które odciskają trwałe piętno na naszym życiu. Piękne obrazami, które przedstawiają. Przerażające okrucieństwem świata. Głębokie i prawdziwe w wyrazie. Niekiedy niezrozumiałe. Nierzadko ciężkie do sklasyfikowania. Zdecydowanie do takich dzieł należy zaliczyć „Melindę” Neila Gaimana (tekst) i Dagmary Matuszak (ilustracje).

Jest to album niezwykły. Ciężko nazwać go książką, gdyż zawiera najwyżej po trzy zdania na każdej stronie. Nie jest to też komiks, choć obficie ilustrowany. Najwłaściwszym określeniem jest baśń. Historia opowiedziana na kartach „Melindy” jest niesamowita. Czytelnik od początku wie niewiele. Czas i miejsce akcji nie są określone. Poetyckie opisy kontrastują z surowymi ilustracjami. Przedstawiony świat jest groźny, pełen ruin, psów i szczurów. Wśród nich zabłąkała się siedmioletnia dziewczynka – Melinda.

Bohaterka nie ma łatwego życia. Jest całkiem sama, marznie i szuka pożywienia. Każde słowo niesie nowy ładunek, informujący czytelnika o sytuacji dziecka. Melinda musi kraść miłość, wynajdować schronienia i marzenia. Tak, marzenia. Tragizm postaci pogłębia się z każdą stroną. Apogeum osiąga wtedy, gdy dziewczynka włącza „stare urządzenie”, które ma jej opowiedzieć baśń, choć nie taką, jakiej można by się spodziewać.

Autorzy w niesamowity sposób potęgują nastrój swoistej nostalgii, która na wskroś przenika strony „Melindy”. Głos maszyny zgrzyta i kona. Światło gaśnie. Słońce zachodzi, a szczurza sierść lśni coraz jaśniej. Wracają wrony. Melinda bawi się na gruzach katedr. Szuka przyjaciela. Znajduje chrom i nikiel.

Ciężko jednoznacznie stwierdzić, o czym ten album opowiada. Postać głównej bohaterki jest wyrazista, ale nie banalna. „Melinda” rodzi tysiące interpretacji i sama na nich wyrasta. Zdecydowanie nie jest to ani lekka, ani jednoznaczna lektura. „Melinda” to wyzwanie.

Od strony wydawniczej należy dostrzec same superlatywy. Najlepsza jakość papieru i ręcznie wklejane, nieliczne kolorowe ilustracje, robią wrażenie. Twarda, tłoczona oprawa jest prześliczna. Ponadto w albumie znajduje się mała niespodzianka dla posiadacza „Melindy”: dwie ilustracje – naklejki. Dla szczęściarzy, posiadających wersję kolekcjonerską, dołączona jest oryginalna wkładka z autografami Gaimana i Matuszak oraz numer albumu. Wszystko to czyni „Melindę” jedyną w swoim rodzaju.

„Melinda” jest warta nie tylko wydanych na nią pieniędzy (a koszty są niebanalne jak na 56 stron), ale także każdej minuty poświęconej na kolejne czytanie albumu. To nie jest książka, którą czyta się raz i bezpowrotnie odkłada na półkę. Absolutnie godna polecenia, choć zapewne nie każdemu się spodoba. Niemniej przeczytać i obejrzeć ją należy.

Dyskusja