Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Podstępne i przerażające… – recenzja książki „Drapieżcy”

Mało jest autorów piszących literaturę grozy, którzy mają w naszym kraju takie wzięcie jak Graham Masterton. Nie licząc Stephena Kinga, jest on u nas chyba najbardziej popularnym literatą lubującym się w horrorze. Jego dzieła mają jednak to do siebie, iż niektóre są bardzo dobre i pamięta się je przez długi czas, inne natomiast wołają o pomstę do nieba i prezentują mizerny poziom. „Drapieżcy”, książka, którą skończyłem czytać wczoraj późnym wieczorem, należy do tej pierwszej grupy.

Fortyfoot House – zaniedbany wiktoriański sierociniec na wyspie Wight – kryje w sobie mroczną tajemnicę. Przed ponad stu laty zmarli tam w niewyjaśnionych okolicznościach wszyscy wychowankowie – sześćdziesięcioro dzieci. Okoliczni mieszkańcy nadal unikają rozmów na temat zabytkowego domostwa i omijają go z daleka. Coś podstępnego i przerażającego czai się w jego wnętrzu. David Williams, wychowujący samotnie siedmioletniego syna, podejmuje się dokonać remontu tajemniczego budynku. Wraz z nimi do domu wprowadza się piękna, młoda dziewczyna. W Fortyfoot House ma miejsce seria niezwykłych i zarazem tragicznych wydarzeń. Zbyt późno David odkrywa sekrety sumeryjskich bram czasu i prastarej cywilizacji, która panowała na Ziemi przed nastaniem człowieka i która chce z powrotem zająć jego miejsce…

Ta książka Grahama Mastertona podobała mi się jak mało która. Niestety nie potrafię konkretnie określić, dlaczego. Na pewno miała pewien typowy dla autora klimat, który sprawiał, że powieści się nie czytało, a wręcz pochłaniało. Autorowi kilkakrotnie udało się sprawić, że po moich plecach przebiegł zimny dreszcz. A wierzcie mi, że nie jest to łatwe, gdyż pisarz nie dysponuje ani efektami dźwiękowymi, ani wizualnymi, tak jak filmowcy. Pisarz grozy może podziałać tylko i wyłącznie na wyobraźnię, dlatego też jego zadanie jest utrudnione. Tymczasem Masterton spisał się pod tym względem znakomicie.

Książki Grahama mają tę wspólną cechę, że ich akcja toczy się do przodu według utartego schematu, co czyni je przewidywalnymi. W pewnym sensie jest tak i z „Drapieżcami”. Bohater wprowadza się do domu, przez pewien czas wszystko jest w porządku. Mija kilka dni i zauważa, że w jego nowej posiadłości zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Popytawszy odpowiednich ludzi dowiaduje się co nieco na temat historii domu, a także sił, które go nawiedzają. Finał jest oczywiście efektowny, choć w przypadku „Drapieżców” nie rozstrzyga on wszystkiego w stu procentach. Mimo tej schematyczności, książki Mastertona aż się proszą, by je czytać. Opisywane przeze mnie dzieło, podobnie jak i wiele innych powieści Grahama, ma swoją magię, swój czar, który przyciąga czytelnika i nie pozwala mu się oderwać od lektury do czasu, gdy nie dotrze on do zakończenia.

Bohaterowie powieści sprawiają wrażenie nieźle zaprojektowanych. Główny bohater, niedoszły rozwodnik opiekujący się synem, sprawia dobre wrażenie, niekiedy wręcz budził we mnie współczucie. Danny mógłby być typowym, amerykańskim dzieciakiem, gdyby nie to, że jest dość spokojny i nie nosi bluzek z wizerunkiem Żółwi Ninja (kto czytał, ten wie co mam na myśli). Liz, która, jak początkowo mogłoby się wydawać, trafiła do Fortyfoot House przypadkiem, to typowa, kobieca kreacja, która na pierwszy rzut oka nie różni się wiele od milionów żyjących w USA dzwudziestokilkuletnich dziewczyn. Na pierwszy rzut oka – gdyż później okaże się, iż odegra ona w powieści znacznie ważniejszą rolę, niż mogłoby się początkowo zdawać. Bohaterowie poboczni wydają się nieźle przemyślanymi postaciami, od pastora Dennisa Pickeringa, aż po detektywa Millera. Co zaś się tyczy tych złych – nie można im wiele zarzucić, choć w gruncie rzeczy sprawiają wrażenie zupełnie standardowych, negatywnych bohaterów. Należy z tego wyłączyć Brązwego Jenkina, który mimo iż jest tak naprawdę postacią potworną, to nie sposób odmówić mu oryginalności.

Wydanie „Drapieżców” jest zupełnie standardowe. Wprowadzenia książki na polski rynek podjęło się wydawnictwo Prima i trzeba przyznać, że zrobiło to całkiem solidnie. Tłumaczenie jest bez zarzutu, podobnie jeśli chodzi o błędy edytorskie i literówki – jest ich jak na lekarstwo. Czcionka jest dość mała, ale nie na tyle, by mogło to utrudnić czytanie. Na pierwszym planie okładka najprawdopodobniej przedstawia Liz oraz Danny’ego. Nie mogłem natomiast rozstrzygnąć, kto znajduje się w prawym górnym rogu ilustracji, choć jeśli miałbym strzelać, to postawiłbym na Kezię Mason. Na koniec przyczepię się jeszcze do składu. Po dwóch przeczytaniach (przede mną książkę miała jeszcze moja mama) ostatnie kartki zaczęły wypadać. Możliwe, że to ja natrafiłem na feralny egzemplarz – jeśli tak, to zwracam wydawnictwu honor. W przeciwnym wypadku nawalić musieli ludzie od składu. Tak czy inaczej, powieść liczy trzysta dwadzieścia stron i w zależności od sklepu kosztuje od kilku do kilkunastu złotych.

Podsumowując, „Drapieżcy” to książka bardzo dobra. Świetnie sprawdza się jako horror na zimne, jesienne wieczory (albo jeszcze lepiej – noce). Masterton tym razem zabawił się w podróże w czasie i trzeba przyznać, że wyszło mu to całkiem nieźle. Całość czyta się lekko i przyjemnie. W mojej opinii jest to jedno z najlepszych dzieł Mastertona – dlatego też jeśli ktoś ma zamiar rozpocząć przygodę z tym autorem, to polecam mu zacząć właśnie od „Drapieżców”.

Wydawnictwo PRIMA

Ocena: 8+/10

Tytuł: Drapieżcy
Tytuł oryginału: Prey
Autor: Graham Masterton
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Rok wydania: 2000
Ilość stron: 320
ISBN: 83-7186-118-4
Cena: ok. 10-15zł

Dyskusja