Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „DOA: Dead or Alive”

Branża filmowa, jak każda inna, miewa swoje lepsze i gorsze chwile. Tegoroczna jesień to dla kina bez wątpienia kiepski okres – zwłaszcza, gdy mamy na myśli obrazy fantastyczne. Jednak, jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba. Kierując się tym przysłowiem, udałem się do kina na ekranizację konsolowej gry „Dead or Alive”. Spodziewałem się połączenia Aniołków Charliego z Mortal Kombatem, i taką też produkcję otrzymałem. Nie mogę jednak powiedzieć, by film mi się podobał.

Fabuła „Dead or Alive” przedstawia się dość standardowo. Rzekłbym, że całkiem typowo jak na ekranizację gry-bijatyki. Otóż pewien doktor organizuje turniej walk DOA. Zaproszenie dostają najlepsi wojownicy z całego świata. Są wśród nich Tina – mistrzyni damskiego wrestlingu, Helena – miłośniczka sportów ekstremalnych, Kasumi – waleczna księżniczka oraz Christie – szpieg i płatna zabójczyni. Dzieli je bardzo wiele. Jednak zbieg okoliczności sprawia, że w celu zrealizowania swoich postanowień będą musiały połączyć siły. Okazuje się bowiem, iż najpoważniejszymi przeciwnikami w turnieju będą jego organizatorzy…

„Dead or Alive” to film nieudany. Taka była pierwsza moja myśl po opuszczeniu sali kinowej. Na wrażenie to złożyło się kilka różnych czynników – począwszy od infantylnej fabuły, skończywszy zaś na fatalnej grze aktorskiej. Co prawda historia tu opowiedziana opiera się w dużej mierze na grze konsolowej, ale nie zmienia to faktu, że nawet na stworzenie ekranizacji należy mieć jakiś pomysł, wizję. A tego twórcom „DOA” zabrakło. Co z tego, że scenariusz ogólnie trzyma się kupy, skoro sama fabuła oraz jej rozwój opierają się na utartych schematach? Brak jej choćby odrobiny oryginalności, a to wielki minus.

Jak już wspomniałem, jedną najważniejszych wad filmu jest aktorstwo. Większość zatrudnionych w obsadzie aktorów ma za sobą niewielkie doświadczenie. Oczywiście, znalazło się miejsce na kilka wyjątków od tej reguły (chociażby Jaime Pressly), ale i tak przeważają nowicjusze. I niestety, ale wcale nie trzeba być krytykiem, aby to zauważyć. Żaden z aktorów nie wybija się ani trochę ponad innych. Nie ma tu kreacji, które mogłyby zagościć w pamięci widza na jakiś dłuższy czas. Większość z nich pamięta się jak przez mgłę już w kilka godzin po opuszczeniu kina. Częściowo dzieje się tak przez to, iż scenariusz nie skupia się tak naprawdę na żadnym z bohaterów. Widz poznaje po trochu wszystkich, a co za tym idzie, trudno mu potem utożsamić się z którąkolwiek z postaci. Może nie byłoby tak, gdyby aktorzy lepiej wywiązali się ze swego zadania – ale gdybanie zostawmy filozofom.

Muzyka w „Dead or Alive” prezentuje się nieźle. Oglądanie filmu umilają zarówno utwory zakrawające o techno, jak i nienajgorze, hardrockowe brzmienia. Zwłaszcza te ostatnie przykuły moją uwagę. Może i nie stanowią one mistrzostwa świata w swej kategorii, ale bardzo dobrze wpasowują się w tło, adekwatnie do tego, co dzieje się w danej chwili na ekranie. Podobnie jest z dźwiękiem – „DOA” na pewno nie zasługuje pod tym względem na Oscara, ale trudno też mieć jakieś większe zastrzeżenia. Ogólnie rzecz biorąc, oprawa dźwiękowo-muzyczna to jedna z lepszych stron filmu.

Pierwowzór opisywanego obrazu był konsolową bijatyką, nic więc dziwnego, że także i w filmie duży nacisk położono na akcję i efekty. I rzeczywiście, w tym przypadku „DOA” prezentuje się bardzo dobrze. Nie ma tu miejsca na dłużyzny. Jest za to ciągła, nieprzerwana akcja. Na ekranie ciągle coś się dzieje, dlatego też oglądając „DOA” nie sposób się nudzić. Nie da się też powiedzieć złego słowa o wykonaniu walk. Twórcy niejednokrotnie wykonywali ukłony w kierunku graczy, ukazując na ekranie zielone wskaźniki energii, które w grze odpowiadały wytrzymałości walczących bohaterów. Układy walk robią dobre wrażenie, chociaż daleko im do realizmu. Taki jest jednak urok podobnych produkcji – bohaterowie niemal zawsze używają wymyślnych trików, które w rzeczywistości są niemożliwe do wykonania. Tym niemniej, na dużym ekranie wygląda to naprawdę nieźle.

Co mi jednak po porządnych efektach, kiedy cała reszta jest zwyczajnie żenująca? „Dead or Alive” to film sztampowy, oparty na utartych do granic możliwości schematach, który nie mógłby zadowolić żadnego doświadczonego kinomana. Infantylność, przewidywalność, dziecinność – to tylko kilka cech, którymi można określić tenże obraz. Cały czas zastanawia mnie jedno – do kogo tak naprawdę był kierowany ten film? Wydaje mi się, że tylko i wyłącznie dla trzynastoletnich maniaków mordobić oraz ludziach nie widzących świata poza konsolą, dla których dobre kino to kino z mnóstwem bijatyk i roznegliżowanych panienkek. Mnie niestety takie rzeczy dawno przestały zadowalać.

W ramach podsumowania powtarzam raz jeszcze – „Dead or Alive” to film nieudany. Fatalna gra aktorska, infantylna fabuła, przewidywalny scenariusz… to tylko kilka spośród ogromu niedociągnięć. „Dead or Alive” to kolejny dowód na to, że dobre efekty specjalne to nie wszystko. Wystawiam czwórkę w dziesięciostopniowej skali – gdyż mimo wszystko film ten ma niezłe efekty, znośną muzykę i ostatecznie nie pozwala się nudzić. Jednak co innego brak nudów, a co innego żenujący całokształt wykonania. Szczerze odradzam.

Tytuł: DOA: Dead or Alive
Reżyseria: Corey Yuen
Scenariusz: Sherrie Liu
Muzyka: Junkie XL
Data premiery: 2006-09-29 (Polska) , 2006-09-07 (Świat)
Czas trwania: 87 minut
Kraj: Niemcy, USA, Wielka Brytania
Obsada: Holly Valance, Devon Aoki, Jaime Pressly, Sarah Carter, Natassia Malthe

Ocena: 4/5

Dyskusja