Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Martwy Krzyk”

Trudno jest w dzisiejszych czasach zdobyć interesujący horror klasy B. Jeszcze kilka lat temu, gdy panowała era wypożyczalni VHS, nie było z tym problemu. Dziś nie jest to już taka prosta sprawa. Dlatego też spotkało mnie miłe zaskoczenie, gdy pewnego dnia na półce sklepowej w miejscowym markecie zauważyłem pismo z dołączonym do niego filmem „Martwy Krzyk”. Nie zastanawiając się dłużej, kupiłem je…

Fabuła filmu nie jest zbyt skomplikowana. Można powiedzieć, że prezentuje się dość standardowo na tle dziesiątek innych produkcji tego typu. Ale do rzeczy. W nagrodę za pomoc w badaniach, profesor psychologii postanawia zaprosić całą klasę do swojego zimowego domku na wyspie. Nicole jest wzorową uczennicą, prezesem studenckiego zgromadzenia oraz narzeczoną Marka. Nicole, jej najlepsza przyjaciółka Chloe, Mark i reszta klasy wyjeżdżają na weekend, aby spędzić miło czas w domku profesora Barrena. Nie mają jednak pojęcia, że na wyspie czeka na nich tajemniczy osobnik w kapturze, który zmieni ich pobyt w górskim domku w prawdziwy koszmar.

„Martwy Krzyk” to film bardzo słaby. Kiedy po wieczornym seansie wyjmowałem płytkę z napędu DVD, poczułem się… niedobrze. I to wcale nie dlatego, że brutalność dopiero co obejrzanego filmu spowodowała we mnie odruch wymiotny. Poczułem się niedobrze, gdyż zdałem sobie sprawę, że najzwyczajniej w świecie dałem się nabrać. I to jak dziecko, jak ktoś, kto nigdy wcześniej nie miał do czynienia z chwytami marketingowymi. Doszedłem bowiem do wniosku, iż do zakupu filmu skłoniła mnie intrygująca okładka. Bo rzeczywiście, ilustracja na pudełku jest świetna. I na tym chyba kończą się zalety „Martwego Krzyku”. No, może jeszcze da się do nich zaliczyć niską cenę – wraz z tekturką i mikropisemkiem film kosztował niespełna dziesięć złotych. Nie zmienia to jednak faktu, że miałbym lepszy pożytek z tych pieniędzy, zamawiając do domu pizzę.

Tradycyjnie zacznę od ocenienia gry aktorskiej. Większość obsady to młodzi aktorzy, nie mający za sobą większych filmowych doświadczeń. Dla wielu z nich „Martwy Krzyk” jest debiutem. Nieudanym debiutem. Niektórzy natomiast mają za sobą drobne role w niezbyt znanych, kiepskich produkcjach. Przykładem może być Melissa Schuman, która grała wcześniej m.in. w „Teorii miłości” oraz „The Hollow”, lub Scott Vickaryous, który ma za sobą role m.in. w „Mrocznym dziedzictwie” czy „Ostatnim skoku”. Jednak bez względu na to, czy dany aktor w „Martwym Krzyku” ma jakiekolwiek doświadczenie czy też go nie posiada, to i tak cała obsada spisała się fatalnie. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że debiutanci zagrali nieco lepiej niż ci osobnicy, którzy grali już wcześniej w jakichś filmach. Tak czy inaczej, wszyscy bez wyjątku są sztuczni i zupełnie nienaturalni. Zwłaszcza w scenach wyznań. Widok dwojga młodych ludzi wracających do siebie po dłuższej przerwie w związku niekiedy mógłby być przyjemny dla oka, a nawet wzruszający, lecz w „Martwym Krzyku” wzbudził we mnie jedynie gromki śmiech. A to tylko jeden z całego mnóstwa przykładów.

„Martwy Krzyk” kopiuje bardzo wiele rozwiązań z wielu innych horrorów, przy czym często są to tak zwane 'rozwiązania bezczelne', występujące w wielu podobnych produkcjach, a które u wytrawnego widza budzą wyłącznie śmiech. Takim bezczelnym rozwiązaniem, które zostało użyte w opisywanym przeze mnie filmie mogą być na przykład sceny, w których ofiara ucieka przed mordercą. Ileż razy może się ona potykać o własne nogi tylko po to, by ułatwić robotę swemu oprawcy? Okazuje się, że bardzo wiele. Innym absurdalnym rozwiązaniem jest powielany już po raz kolejny motyw z rozdzieleniem grupy. Twórcom najwyraźniej zabrakło wyobraźni. Postawienie się w sytuacji bohaterów filmu najwyraźniej przerosło ich możliwości. Pomyślmy bowiem logicznie – czy jeśli w okolicy grasowałby okrutny morderca, a mielibyśmy koło siebie piątkę przyjaciół, to czy rozdzielalibyśmy się? Chyba nie. W każdym razie wydaje mi się, że lepiej byłoby trzymać się razem i wspólnie opuścić wyspę. Najwyraźniej scenarzysta miał inne zdanie na ten temat. Obraz Cantu i Kawasa nie przedstawia choćby pozorów logiki.

Kolejna przykra sprawa to muzyka. Widziałem wiele filmów, w których nie wykorzystano potencjału tkwiącego w odpowiednim operowaniu dźwiękiem, ale to, co zobaczyłem w „Martwym Krzyku”, przerosło moje najśmielsze wyobrażenia. Po raz pierwszy bowiem spotkałem się z przypadkiem, by w czasie pościgu morderca & ofiara w tle leciało wesołe, skoczne techno. Coś strasznego, wierzcie mi. Doprawdy nie byłem pewien, czy w tym momencie lepszym rozwiązaniem byłoby się roześmiać, czy rozpłakać. Ostatecznie roześmiałem się, doszedłem bowiem do wniosku, iż film ten nie jest wart choćby jednej łzy – chyba, że mówimy o łzach śmiechu. Muzyka w „Martwym Krzyku” jest więc słaba. Nie inaczej jest też z dźwiękiem – niby jest, ale nie spełnia swojej roli i w żadnym wypadku nie buduje klimatu.

Klimat ^ „Martwy Krzyk”? Cóż, wartość logiczna tego zdania wyniesie zero. Opisywany przeze mnie film nie ma ani krzty nastroju. Trzeba jednak przyznać, iż twórcy pod pewnym względem wykazali się oryginalnością – znakomita większość scen odbywa się w świetle dnia i to jeszcze w śnieżnym krajobrazie. O ile jednak mrocznych scenerii miłośnicy horroru rzeczywiście mogą mieć już dość, o tyle jasna sceneria z pewnością nie wyszła filmowi na dobre. Rzekłbym, iż tylko podkreśla niedoskonałość obrazu. Ostatecznie, „Martwy Krzyk” w żadnym momencie mnie nie przeraził. Ba, po moich plecach ani razu nie przebiegł dreszczyk napięcia. Film oglądałem bez większych emocji, a na dziesięć minut przed końcem zapauzowałem go, by wyjść na dwór i zamieść chodnik przed domem. Kiedy wróciłem, nic się nie zmieniło – wręcz przeciwnie – obejrzałem śmieszne zakończenie, któremu twórcy prawdopodobnie na siłę próbowali nadać swojego rodzaju głębi. Bez skutku.

Ogólnie rzecz biorąc, „Martwy Krzyk” to film wybitnie nieudany. Fatalna gra aktorska, godna pożałowania oprawa dźwiękowa oraz brak jakiegokolwiek nastroju czy klimatu czynią ten obraz nie wartym polecenia. Dlatego też odradzam wam oglądanie go i wystawiam mu jedynkę w dziesięciostopniowej skali.

Tytuł: Martwy Krzyk
Tytuł oryginału: The Retreat, Silent Scream
Reżyseria: Lance Kawas, Matt Cantu
Scenariusz: Lance Kawas
Muzyka: Drew Fezzey, Scott Santos
Data premiery: 2005-10-28
Czas trwania: 86 minut
Kraj: USA
Obsada: Roger Bergeron, Cheryl Campbell, Melissa Schuman, Michael McKiddy, Shanti Lowry

Ocena: 1/5

Dyskusja