Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Wzgórza mają oczy”

Parę miesięcy temu, mniej więcej w połowie letnich wakacji, na ekrany polskich kin wszedł głośno zapowiadany horror „Wzgórza Mają Oczy”. Film ten, wyreżyserowany przez Alexandre Aja, był remake’m znanego obrazu Wesa Cravena sprzed trzydziestu lat. Pod koniec lipca w Internecie pojawiło się mnóstwo recenzji, przy czym w większości przypadków oceny były bardzo pozytywne. Ucieszyłem się więc, kiedy na szybie miejscowej wypożyczalni ujrzałem plakat reklamujący film. Nie czekając dłużej, pożyczyłem go na weekend, licząc, że czeka mnie przyjemny, choć pełen grozy sobotni wieczór.

Dzieło Aja’i traktuje o rodzinie Carterów, która z okazji dwudziestopięciolecia ślubu wybrała się wraz z najbliższymi na wycieczkę po Ameryce. W pewnym momencie postanawiają zmienić trasę i zamiast jechać drogą stanową, wjeżdżają w polną ścieżkę prowadzącą przez wzgórza. Po drodze trafia im się jednak awaria samochodu. wkrótce zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Okazuje się, iż rodzina Carterów ma do czynienia z bandą zdeformowanych potworów, będących rdzennymi mieszkańcami kalifornijskich pustkowi.

Niestety, nie mogę ocenić filmu jako remake. Nie było mi dotychczas dane obejrzeć dzieła Wesa Cravena, choć podejrzewam że zmieni się to w najbliższym czasie. Dlatego też „Wzgórza mają oczy” potraktuję jako samodzielną produkcję filmową, nie zbaczając na jej pierwowzór.
Nie powiem, by dzieło Alexandre Aja’i nie przypadło mi do gustu. Wręcz przeciwnie – pod względem technicznym trudno mu jest cokolwiek zarzucić. Wykonanie jest niemalże pozbawione wad. Inna sprawa, iż jest to taki typ horroru, który z pewnością nie przypadnie do gustu widzom o słabszych nerwach bądź osobom, które nie lubią widoku krwi. Bo mimo iż przemoc jest w opisywanym przeze mnie filmie jak najbardziej uzasadniona, to dla zwykłego widza hektolitry czerwonego płynu, którym spływa ekran podczas trwania seansu, mogą okazać się drobną przesadą. Nawet ja, przyzwyczajony do podobnych widoków, nie mogłem ścierpieć niektórych scen. I nie chodzi mi w tym momencie wyłącznie o brutalność, ale o pewne sytuacje, w których prawdziwe okrucieństwo da się zauważyć dopiero po pewnych przemyśleniach. Boli niemoc… bezsilność wobec czegoś, co jest silniejsze od nas. Boli też realizm przedstawionych w filmie wydarzeń. Bądź co bądź, życie nie zawsze serwuje nam happy endy…

Na pochwałę zasługuje wygląd samych mutantów. Kiedy na nie patrzyłem, miałem bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony przedstawiono mi je jako brutalne, nie posiadające litości bestie, z drugiej natomiast kazano im współczuć. Tak, współczuć – bowiem wszystkie te potwory wywodzą się z gatunku ludzkiego, ale, jak mówi fabuła, zostały zdeformowane poprzez skażenie radiacyjne, które nastąpiło w miejscu ich zamieszkania po próbach nuklearnych wykonywanych przez Amerykę, a do których władze kraju nigdy nie się nie przyznały. Mutanty zabijają z nienawiści. Nienawidzą ludzi za zniszczenie terenów, które zamieszkiwali. Jednak jak się okaże, w niektórych osobnikach pozostały jeszcze resztki człowieczeństwa.

Gra aktorska prezentuje się bardzo przyzwoicie. Zatrudniono tu kilku naprawdę dobrych aktorów, których umiejętności nie mogą budzić żadnych wątpliwości. W ich grze dostrzegłem bardzo niewiele zgrzytów. O żadnym z aktorów nie mogę powiedzieć, by wypadł słabo. Wszyscy bez wyjątku spisują sie bardzo dobrze, jednak dwóch panów zasługuje na szczególną pochwałę. Owi panowie to Ted Levine oraz Aaron Stanford. Levine wcielił się w rolę głowy rodziny, podczas gdy Stanford jest jego filmowym zięciem. Obaj błyszczą na tle reszty obsady, choć pierwszy z panów dopełnia swego żywota stosunkowo szybko i to w iście nieprzyjemny sposób. Stanford w roli ojca wyruszającego do wioski mutantów w celu uratowania swego dziecka jest niemalże doskonały. W jego postawie widać zarówno determinację i nieustępliwość, jak i lęk, który momentami przeradza się w śmiertelne przerażenie. Co jednak mnie uderzyło, a zarazem świadczy o dużym realizmie w opisywanym filmie – to bardzo ludzkie zachowania aktorów. Tyczy się to nie tylko Stanforda, choć pisząc o tym mam na myśli głównie jego. Aaron doskonale pokazuje niemoc wobec istot znacznie silniejszych od siebie, z którymi jednak musi się rozliczyć. Owa niemoc jest bardzo namacalna i odczuwa się ją do tego stopnia, iż oglądając film chciałoby się znaleźć po drugiej stronie ekranu i pomóc bohaterom. Aktorstwo to niewątpliwie jedna z najmocniejszych stron obrazu.

To, co stanowi esencję horroru, a czego zazwyczaj brakuje podobnym hollywoodzkim produkcjom, to strach. Podczas oglądania horroru widz powinien się bać. Oczywiście, „straszność” horroru jest pojęciem względnym – doświadczony widz zna zazwyczaj wiele reżyserskich tricków, podczas gdy nowicjusza znacznie łatwiej jest przestraszyć. Obejrzałem w swym szesnastoletnim życiu stosunkowo dużo filmów grozy i zdążyłem się uodpornić na dużą część wspomnianych sztuczek prezentowanych przez filmowców. Jednak oglądając „Wzgórza Mają Oczy” momentami rzeczywiście przechodziły mnie dreszcze po plecach. Na mój niepokój złożyło się kilka różnych czynników. Począwszy od doskonałej scenografii, poprzez dobrą oprawę zdjęciową poszczególnych scen i nad wyraz przekonującą grę aktorską, na samych mutantach skończywszy. Obraz ten naprawdę straszy – i to nie tylko z wymienionych przeze mnie powodów, ale też samych sytuacji, w jakich postawieni są jego bohaterowie.

Podsumowując, „Wzgórza Mają Oczy” to jeden z najlepszych horrorów, jakie miałem okazję oglądać w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Żałuję, że nie wybrałem się na ten film do kina, gdyż wówczas moje wrażenia byłyby dodatkowo spotęgowane. Polecam go wszystkim miłośnikom horrorów, a zwłaszcza tym, którzy wytrzymają dużą ilość przemocy na ekranie. Widzowie o słabszych nerwach mogą spróbować – ale nie gwarantuję, że dotrwają do ostatniej minuty. Pozostaje nam teraz czekać na sequel, którego zaplanowano na przyszły rok. Oby kolejna część była równie dobra.

Tytuł: Wzgórza Mają Oczy
Tytuł oryginału: The Hills Have Eyes
Reżyseria: Alexandre Aja
Scenariusz: Alexandre Aja
Muzyka: Tomandandy
Data premiery: 2006-03-10 (prem. polska: 2006-07-14)
Czas trwania: 107 minut
Kraj: USA
Obsada: Aaron Stanford, Ted Levine, Kathleen Quinlan, Vinessa Shaw, Emilie de Ravin

Ocena: 8/5

Dyskusja