Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Bloodrayne”

Kiedy przed trzema laty panowie z Terminal Reality wyprodukowali komputerową grę „Bloodrayne”, szybko stała się ona prawdziwym hitem. Łączyła w sobie seks i przemoc, a więc to, co w dzisiejszych czasach sprzedaje się najlepiej. Przygody czerwonowłosej dhampirzycy cieszyły się tak dużym zainteresowaniem fanów, iż jakiś czas po premierze gry twórcy stworzyli kontynuację. Wszystkiemu temu przyglądał się Uwe Boll, znany filmowiec-nieudacznik, z zamiarem nakręcenia ekranizacji. Ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu – Boll w istocie został reżyserem tegoż filmu.

Krwawa Rayne wcale nie taka zabójcza

Zanim przejdę do samego obrazu, chciałbym wyrazić swoje zniesmaczenie dotyczące niemieckiego filmowca. Człowiek ten z wielką pasją i ogromnym zaangażowaniem podejmuje się tworzenia ekranizacji gier komputerowych. Nakręcił już kilkanaście filmów, z których żaden nie został ciepło przyjęty przez krytyków. Mimo to, producenci filmowi dopuszczają Bolla do coraz to kolejnych projektów, których wynikami są zazwyczaj nieziemskie gnioty. Wystarczy wspomnieć o „Alone in the Dark: Wyspa Cienia”, który kilka miesięcy temu ukazał się w Polsce na DVD, a w istocie był totalną filmową katastrofą. Niestety, nie zanosi się, by sytuacja Bolla miała się zmienić. W chwili, gdy piszę te słowa wytwórnie zleciły mu już kolejne dwie ekranizacje gier – „Postal” oraz „Far Cry”.

W komputerowej grze „Bloodrayne” mieliśmy okazję wcielić się w postać dhampirzyczy – a więc pół kobiety, pół wampira, będącej owocem gwałtu wampira na człowieku. Krwawa Rayne zwiedzała podziemne kompleksy i wyżynała stacjonujące w nich wojska hitlerowskie. Pomysł był bardzo ciekawy i rzeczywiście mógł stanowić podstawę do nakręcenia filmu. Niestety jednak, fabuła ekranizacji ma się nijak do pierwowzoru. Boll stwierdził, że lepiej będzie cofnąć czas akcji o kilkaset lat i stworzyć film fantasy. To odważne posunięcie i może byłbym w stanie je zaakceptować gdyby nie fakt, iż historia wymyślona przez Uwe jest stokroć słabsza od tej stworzonej przez Terminal Reality.
Ojciec Rayne, Kagan, chce zawładnąć światem poprzez zdobycie potężnych magicznych artefaktów należących do Beliara. Rayne tymczasem jest żądna zemsty za zabójstwo matki. W unicestwieniu władcy wampirów pomaga jej Stowarzyszenie Brimstone, które również walczy z krwiopijcami. Rozpoczyna się jedna wielka sieczka.

Nie będę się za bardzo rozpisywał, bo na dobrą sprawę o „Bloodrayne” można powiedzieć niewiele ponad to, iż jest to koszmarnie słaby film. „Dzieło” Bolla nie miało mi do zaoferowania niczego, czego wcześniej nie widziałbym w podobnych produkcjach. Jednak obrazowi można zarzucić nie tylko brak jakichkolwiek nowatorskich rozwiązań. Techniczne aspekty ekranizacji również pozostawiają wiele do życzenia. Przede wszystkim scenariusz. Efekt pracy Guinevere Turner pełen jest dziur, schematycznych rozwiązań, i niedopowiedzeń. Guinevere próbowała umieścić w filmie kilka standardowych wątków (np. wątek miłosny, wątek zdrady), lecz próby te zakończyły się całkowitym niepowodzeniem. Nie jest też dla mnie jasne, jak można było wykorzystać scenariusz pełen prostackich, absolutnie zdziecinniałych dialogów. Rozmowy toczone przez bohaterów brzmią tak, jakby zaprojektowało je dziesięcioletnie dziecko.

Nie inaczej jest z grą aktorską. Cała obsada, bez wyjątku, wypada nad wyraz słabo. Najlepiej prezentuje się odtwórczyni głównej roli, która, moim zdaniem, idealnie pasuje do roli Rayne. Nie zmienia to jednak faktu, że Kristanna Loken, bo o niej mowa, wypada całkiem przeciętnie – wybija się jedynie na tle reszty aktorów. Pozostali, bez wyjątku, spisują się bardzo słabo. Grają absolutnie nienaturalnie i wybitnie nieprzekonująco.

Muzyka w „Bloodrayne” jest zupełnie standardowa. Nie ma tu żadnych doskonale skomponowanych utworów, tym niemniej, niektóre wpadają w ucho. Podobnie, jeśli chodzi o dźwięk – nie jest on może specjalnie słabo, tym niemniej, wiele brakuje mu do doskonałości. Mógłbym powiedzieć parę ciepłych słów na temat scen walki, gdyż momentami są one naprawdę efektowne. Nieźle przemyślane, pełne rozlewu krwi, z wykorzystaniem oryginalnych ruchów Rayne, które znamy z gry – wszystko to mogłoby być zaletą filmu. Niestety, także i tutaj mam pewne zastrzeżenia. Często bowiem ciekawie zapowiadające się walki zmieniają się pod koniec w taniec z mieczami, który w ogóle nie przypomina starcia na śmierć i życie, a co najwyżej trening nastoletnich giermków, którym zwierzchnicy pozwolili potrzymać prawdziwą broń pod warunkiem, że nie zrobią sobie krzywdy.

Czy zatem „Bloodrayne” ma jakieś zalety? Wszystko wskazuje na to, że nie. Jednak podczas oglądania, momentami – z rzadka, bo z rzadka – dało się odczuć namiastkę klimatu. Ostatecznie, mimo iż niedociągnięcia filmu mocno dawały się we znaki, to dzielnie wytrzymałem te dziewięćdziesiąt pięć minut i dobrnąłem do napisów końcowych. Dlatego też najnowszy twór Uwe Bolla nie dostanie ode mnie najniższej z możliwych ocen.

„Bloodrayne” to film bardzo słaby. Nikomu nie polecam go oglądać, gdyż wokół multum jest znacznie lepszych produkcji. Zawracanie sobie głowy kiepską ekranizacją całkiem niezłej, bądź co bądź, gry, będzie tylko i wyłącznie stratą czasu. Jeśli ktoś oczekuje sieczki – „Bloodrayne” mu ją zapewni. Jeżeli natomiast wolicie choć trochę wysilić mózgi podczas oglądania filmu – radzę rozejrzeć się z czymś innym.

Tytuł: Bloodrayne
Tytuł oryginału: Bloodrayne
Reżyseria: Uwe Boll
Scenariusz: Guinevre Turner
Muzyka: Henning Lohner
Data premiery: 2005-10-23
Czas trwania: 95 minut
Kraj: Niemcy, USA
Obsada: Michale Pare, Udo Kier, Matthew Davis, Adrienne McQueen, Kristanna Loken

Ocena: 2/5

Dyskusja