Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Stay Alive”

Kiedy zobaczyłem plakaty „Stay Alive” nawet się podjarałem. Pomysł przenikania się świata gry komputerowej i rzeczywistości zawsze uważałem za bardzo ciekawy, zwłaszcza że jestem fanem gier. Efekt ten widziałem już w bodajże drugiej części przygód Freddy’ego Krugera, a coś podobnego wykorzystano też w Matriksie braci Wachowskich (świat wirtualny skutkuje w realnym). Twórcom zabrakło jednak weny w kwestii reszty fabuły i z dobrze zapowiadającego się horroru wyszedł wtórniacki gniot. Niechaj Wam o tym opowiem…

Głównym bohaterem zbiorowym jest grupka przyjaciół, maniaków elektronicznej rozrywki. Jeden z nich wchodzi w posiadanie nowej gierki pt. „Stay Alive”. Jest to typowy survival adventure, czyli postać zwiedza lokacje (widok fpp lub tpp), próbuje rozwiązywać zagadki oraz przede wszystkim… przeżyć. Terenem zmagań jest stary, opuszczony dwór, a głównym złem jest okrutna Krwawa Hrabina. Ten element najbardziej mi się podoba, ponieważ nawiązano do prawdziwej średniowiecznej legendy o kobiecie, która mordowała dziewice by kąpać się w ich krwi (motyw ten wykorzystano np. w Diablo II, XIII Stoleti ma też o niej utwór). Najdziwniejsze jest to, że jeżeli ktoś zginie w grze, to w identyczny sposób umiera w realu, w jakiś sposób klątwa mrocznej hrabiny przenika do naszego świata. Cała paczka rozpoczyna więc rozgrywkę ze śmiercią.

Tak oto powstają dzieła na miarę naszych czasów. Zaczęło się od strony internetowej, która zabija („www.strach.com”), potem była kaseta wideo (seria „Ring”), teraz gra, a pewnie niedługo pojawią się krwiożercze telewizory albo telefony. No ale ciężko wymyślić coś oryginalnego, a nowe technologie same podpowiadają rozwiązania. Pytanie tylko czy chcemy to oglądać?

W kwestiach technicznych to naprawdę nie ma się czym zachwycać. Aktorzy grają „średnio”, znaczy się bardzo standardowo, robią dokładnie to czego od nich oczekuje widz, ale nie wiem czy nie zrzucić tego na karb typowego scenariusza. Fabuła jest do bólu przewidywalna, wiadomo że jak się razem spotkali to po kolei będą umierać, mamy oczywiście romans, czyli wszystko to, do czego przyzwyczaiły nas filmy pokroju „Oszukać przeznaczenie”. Wpadanie w banał. To wszystko już było, tylko motyw z wirtualną rzeczywistością jest względnie nowy.

Udźwiękowienie również nie wybija się ponad przeciętną, jest to element niezwykle ważny w dreszczowcach i trudno coś nowego stworzyć, mamy więc odgłosy piłowania, szorowania, wyginania, skrawania, oczywiście wtłoczone w odpowiedni moment, dając efekt przestrachu u widza.

W sumie jedynymi rzeczami jakie mi się podobały, to wykorzystanie średniowiecznej opowieści oraz wygląd lokacji. Straszny dwór do jakiego wędrują postaci jest zrobiony na prawdę ładnie i jest spooky, na ścianach wiszą obrazy, a w piwnicach są straszliwe sale tortur. To się twórcom udało, reszta to cienizna. Jeżeli więc chcecie pójść do kina na „Stay Alive” lub zakupić dvd, to zastanówcie się po dwakroć, bo bardzo możliwe, że nie będziecie zadowoleni. Ot taki polsatowy hit na za rok.

Tytuł: Stay Alive
Reżyseria: William Brent Bell
Scenariusz: William Brent Bell, Matthew Peterman
Muzyka: Tyler Bates
Data premiery: 2006-08-11 (Polska) , 2006-03-24 (Świat)
Czas trwania: 85minut
Kraj: USA
Obsada: Sophia Bush, James Haven, Adam Goldberg, Frankie Muniz, Jim Bishop i inni…

Ocena: 4/5

Dyskusja