Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Doom: The Boardgame

„Doom” to niezwykłe zjawisko. Saga zapoczątkowana przed ponad 15-tu laty, święci triumfy aż do dziś. Najpierw była pierwsza wersja gry komputerowej, niedługo później przyszedł czas na część drugą, niedawną trzecią i wreszcie film. Wszystkie tytuły spotkały się z mniej lub bardziej żywiołowym przyjęciem i na stałe wpisały się do kart historii rozrywki. Teraz przyszedł czas na wersję papierową, przed Wami „Doom: The Boardgame.”

Obrazek

Tytuł: Doom: The Boardgame
Autor: Kevin Wilson
Wydawca: Fantasy Flight Games
Liczba graczy: 2 – 4 osoby
Czas gry: ok. 60 – 120 minut
Edycja: Angielska
Zawartość pudełka:

• 66 plastikowych figurek (3x Marine, 3x Cyberdemon, 6x Archvile, 6x Demon, 6x Hell Knight, 6x Mancubus, 12x Trite, 12x Imp, 12x Zombie)
• 6 specjalnych kostek do gry
• 88 kart (66 kart obcych, 18 kart Marines)
• 1 żeton kompasu
• 3 karty wyposażenia Marines
• 58 elementów mapy (12 elementów pokoi, 14 elementów korytarza, 6 elementów narożników, 6 skrzyżowań, 21 ślepych zaułków)
• 14 żetonów drzwi
• 14 plastikowych figurek drzwi
• 31 żetonów elementów otoczenia
• 30 żetonów obrażeń
• 15 żetonów pancerza
• 10 żetonów rozkazów Marines
• 113 żetonów wyposażenia (45 żetonów amunicji, 21 żetonów broni, 12 żetonów zdrowia, 15 innych żetonów wyposażenia)
• 4 karty pomocy
• Instrukcja

Fabuła

Jest niedaleka przyszłość. Akcja toczy się w bazie na Marsie, będącej własnością korporacji UAC. Ta wielka organizacja skupia się na wynajdywaniu nowych technologii, bioinżynierii, a jak się później okazuje, prowadzi również tajne badania nad wrotami do innego wymiaru. Do kolonii przybywa właśnie transport nowych żołnierzy i w tym momencie coś idzie nie tak… Następuje potężna eksplozja, po całym kompleksie rozprzestrzeniają się piekielne demony, a ludzie zamieniają się w odrażające zombie. Przeżywa jedynie garstka marines – ich głównym celem jest przede wszystkim przeżyć i wydostać się z tej matni.

W tym miejscu rozpoczyna się gra o przetrwanie.

Wykonanie

Pierwszym elementem, na jaki zwróciłem uwagę, był layout produktu. Grafiki na planszy i kartach odzwierciedlają w 100% wersję elektroniczną, i w sumie można by się do tego przyczepić, bo są, moim zdaniem, nieco sterylne. Zdjęcia trójwymiarowych potworów i broni wrzucone na małe kartoniki nie wyglądają okazale, wolałbym raczej, aby zostały narysowane jeszcze raz ręcznie, bo sprawiają wrażenie plastikowych. No, ale to dokładna konwersja, przynajmniej twórcy nie musieli wydawać pieniędzy na grafików „bo i po co, skoro raz już to zrobiono”. Oprócz różnego typu kart i znaczników w pudełku znajdują się również figurki wrogów. Wykonane są z twardego tworzywa, są solidne i duże (zwłaszcza te najbardziej mocarne sztuki) oraz dokładne, oczywiście wyglądają identycznie jak na ekranie monitora, tylko mogłyby być pomalowane, a nie jednokolorowe (uzdolnieni fani malują je jak zwykłe figurki do bitewniaków). Żetony i elementy planszy są z grubej tektury, dzięki czemu nawet w przypadku intensywnego użytkowania nie zużywają się. Szkoda, że ta sztuka nie udała się z kostkami – symbole szybko się ścierają.

Mechanika

Zasady są dość proste i po pierwszej godzinie gry wiedziałem już co i jak, jedynie co parę minut musiałem odświeżać sobie, co robi jakaś umiejętność, czy przypominać, jaką specjalną umiejętność ma dany bohater. Nie sprawiało to najmniejszych trudności i w żaden sposób nie wpływało na „miodność”: wszak jedna sprawa to nauczyć się zasad, a zupełnie inna – stać się powergamerem, który pamięta treść każdej karty.

W „Doomie” są dwie strony konfliktu: The Invader i korporacyjni marines. Jeden z uczestników zabawy wciela się w rolę Pana Podziemi – zagrywa karty przeszkód, steruje demonami, przeszkadza graczom i jest odpowiedzialny za stronę fabularną (czytanie opisów lub opowiadanie), a reszta kieruje żołnierzami. Najważniejszą rzeczą jest współpraca między sojusznikami, to tu właśnie kryje się największy atut gry. Gracze muszą ciągle planować i ustalać między sobą, kto idzie z przodu, kto niesie apteczki, którędy iść, czy opłaca się w danej sytuacji rozdzielić itp. To wyzwala największe emocje, reszta to turlanie kostek.

Na początku losowany lub wybierany jest scenariusz, określa to kształt mapy oraz zadanie do wykonania. Zazwyczaj jest to odnalezienie konkretnego artefaktu, ucieczka do drzwi ewakuacyjnych i pozostanie przy życiu, co nie jest wcale łatwe. Rozgrywka jest trudna, potwory są bardzo silne i praktycznie każdy z nich jest śmiertelnie niebezpieczny. Grałem dopiero dwa razy i zawsze zdarzało nam się umierać co najmniej raz lub dwa, ale na szczęście istnieje respawn (oczywiście ograniczony). Ani razu nie udało nam się skończyć zadania, zawsze kończyliśmy jako nawóz dla piekielnych pomiotów, a wniosek stąd taki, że aby wygrać, trzeba naprawdę się nagłówkować, bo każde nierozważne posunięcie może zaprzepaścić szansę na przeżycie.

Dużą też rolę odgrywa szczęście i pomyślne rzuty K6, bo czasami, gdy jest się ze wszystkich stron otoczony przez hordę demonów, strategia po prostu nie wystarcza, strzela się wtedy ze wszystkiego, co pod ręką i modli o trafienia. Na kościach widnieją różne znaczki, a nie zwykłe oczka, i jest ich kilka rodzajów. Żeby trafić wroga z wyszukanej broni, trzeba rzucić np. trzema różnymi kościami i spełnić określone warunki, jak zasięg, obrażenia itp. Przy czym często najprostsze rozwiązania okazują się najlepsze, bo zamiast próbować szczęścia z karabinem plazmowym, warto podejść pod nos bestii i wypalić jej prosto między oczy z shotguna, ewentualnie przeżegnać piłą mechaniczną – zależnie od sytuacji i upodobań.

Obrazek

W ruchu zastosowano fog of war – bohaterowie odsłaniają kolejne części mapy w miarę jej eksploracji, co stwarza uczucie prawdziwej niepewności: „a ciekawe, co jest za tą śluzą…”. Zazwyczaj czają się tam potwory, ale też bardzo możliwe, że poszukiwany klucz czy amunicja, która się właśnie skończyła, dlatego warto badać większość labiryntu. Niestety, widzę tu spory problem na przyszłość, bo liczba scenariuszy (a co za tym idzie układów mapy) jest ściśle ograniczona, co może prowadzić do monotonii. Grałem z ludźmi, którzy mieli za sobą parę partii więcej i pamiętali, żeby nie iść w dany korytarz, bo tam czai się pułapka albo nie ma tam nic ciekawego. Chciałbym, aby w tym miejscu gra była bardziej losowa. Na szczęście już wydano dodatek, w nim kilkanaście nowych misji, a poza tym można ściągnąć nowe układy z Internetu, więc dla ludzi aktywnie poszukujących na pewno znajdzie się rozwiązanie tego problemu.

Podsumowanie

Na zakończenie mogę tylko gorąco zachęcić Was do zaopatrzenia się w „Doom: The Boardgame”. Jest to naprawdę świetna gra planszowa, przy której spędziłem kilka wesołych godzin i z chęcią do niej jeszcze wrócę. Wydawca, jakim jest Fantasy Flight Games, po raz kolejny wspiął się na wyżyny swoich możliwości, serwując nam dobrą zabawę w średniej cenie. W polskich realiach jest to około 170 zł, a są przecież tytuły po 250 i więcej, natomiast jakość wykonania jest światowej klasy. Po złożeniu się w parę osób, nie wychodzi dużo, a jeżeli lubicie takie klimaty, to gwarantuję, że będziecie zadowoleni. Przy długości rozgrywki rzędu 2-3 godzin pozycja ta staje się idealna dla ludzi z mniejszą ilością wolnego czasu, a dynamiczna i emocjonująca akcja to główne jej zalety. Wspomniane drobne minusy nie powinny Was zniechęcać, bo w ogólnym rozrachunku stają się całkowicie nieistotne.

Moja ocena: 8/10

Dyskusja