Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Nie-boska tragedia – recenzja filmu „Immortals. Bogowie i herosi 3d”

Wielki sukces, jaki odniosło budzący skrajne emocje „300” Zacka Snydera, sprawił, że hollywoodzcy twórcy znacznie chętniej szukają inspiracji w greckiej historii i mitologii. Także producenci rzeczonej komiksowej ekranizacji powrócili niedawno do tej nośnej tematyki. „Immortals – Bogowie i Herosi” ustępują jednak „300” w każdej możliwej materii.

Od wielkiej wojny, w której Tytani zostali pokonani przez Bogów, minęły już całe wieki. Na horyzoncie pojawia się jednak kolejne, równie śmiertelne zagrożenie dla ludzkości. Żądny władzy król Hyperion nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć legendarny Łuk Epira – artefakt stworzony niegdyś przez samego boga wojny, Aresa, a umożliwiający temu, kto go posiądzie, stanięcie na czele Tytanów, uwięzionych głęboko w otchłaniach Tartaru. Starożytne prawo nie pozwala jednak Bogom ingerować w sprawy śmiertelników. Ich wybrańcem – jedynym zdolnym przeciwstawić się Hyperionowi – zostaje prosty człowiek imieniem Tezeusz. Krwawa konfrontacja wydaje się nieunikniona.

Chociaż na pierwszy rzut oka fabuła nie sprawia wrażenia skomplikowanej, to sam scenariusz jest bardzo chaotyczny. Pierwsze pół godziny projekcji rodzi w głowie oglądającego prawdziwy mętlik. Bliżej nieokreślony zły jegomość zabija kapłana w świątyni, muskularny młodzieniec przesycony równościowymi ideałami broni uciśnionej biedoty, samodzielnie obezwładniając pół tuzina hoplitów, a gdzieś w tle pojawia się przepowiednia o pewnym magicznym łuku. W momencie, kiedy cały ten chaos zaczyna układać się w spójną całość, okazuje się, że mamy tu do czynienia z typową, mało oryginalną bajką o antycznych herosach, legendarnym artefakcie i potężnym złu czyhającym na szczęśliwą ludzkość, które może być pokonane tylko przez jednego człowieka. Żeby było całkiem sztampowo, chciałoby się powiedzieć – rycerza w lśniącej zbroi. W przypadku „Bogów i herosów” zastępuje go jednak atleta z gołą klatą, co wydaje się jedynym nietuzinkowym elementem fabuły, oczywiście pod warunkiem, że wcześniej nie widziało się „300”.

Obrazek

Nie najlepiej w filmie Tarsema Singha prezentują się tytułowi bogowie, którzy przypominają nasmarowanych pozłacającymi olejkami eunuchów, niemających w sobie nic ze splendoru, z jakim (pomimo całej ich antropomorficzności) na ogół wyobraża się ich, czytając greckie mity. Cała oprawa wizualna przypomina tę znaną z „300”, choć w „Bogach i herosach” postawiono na minimalizm. Wiele elementów scenografii zostało powołanych do istnienia dzięki technice komputerowej, a niektóre sceny – na czele ze wszystkimi obrazami w rodzinnej wiosce bohatera oraz toczącą się w wąskich korytarzach bitwą, mogą przyprawić o klaustrofobię. Nawet jeśli estetyka produkcji do złudzenia przypomina tę, którą obrał przed laty Zack Snyder, to rozmach „Bogów i herosów” jest nieporównywalnie mniejszy. I jedyne, co w tym wszystkim prezentuje się naprawdę dobrze, to walki. Efektowne, dynamiczne i finezyjne, przypominające istny taniec śmierci, stanowią największy atut opisywanego filmu.

Nie powala również aktorstwo. Odtwórca głównego bohatera, Henry Cavill, odnotował solidny, rzemieślniczy występ, ale nic ponadto. Mickey Rourke w roli Hyperiona zaprezentował się przyzwoicie, choć i jego kreacja raczej nikomu nie zapadnie w pamięć. Z kolei Freida Pinto, a więc filmowa Fedra, zawodzi na całej linii. Aż trudno uwierzyć, że to

ta sama osoba, którą dwa lata wcześniej nominowano do BAFTy za rolę w obsypanym nagrodami filmie „Slumdog – Milioner z ulicy”. W „Bogach i herosach” uwagę przykuwa jedynie jej nieprzeciętna uroda, pod względem aktorskim bowiem spisała się znacznie poniżej oczekiwań.

„Bogowie i herosi” to idealny przykład nieudanej produkcji o zmarnowanym potencjale, eksploatującej popularny ostatnimi czasy temat. Miliony dolarów wyrzucone w błoto, gdyż jedynym, na co w przypadku filmu warto zwrócić uwagę, są imponująco zrealizowane sceny batalistyczne. Wszystko pozostałe, począwszy od scenariusza, poprzez oszczędną, wbrew pozorom, scenografię, na nierównym aktorstwie kończąc, wzbudzi raczej niesmak, niż zachwyt. Wobec powyższego, poświęcenie nowemu filmowi Tarsema Singha blisko dwóch godzin to nic innego, jak zwyczajne marnotrawstwo czasu.

Ocena: 1.5/5

Dyskusja