Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Liczba 23”

Jim Carrey, czyli jeden z najbardziej rozpoznawalnych aktorów Hollywood wraca na ekrany w nowym wcieleniu. Po takich hitach jak Ace Ventura, Maska czy Bruce Wszechmogący, został on zaszufladkowany przez publiczność jako komik i do dzisiaj walczy z tym stereotypem. Moim zdaniem całkiem skutecznie. Widzieliśmy go w Truman Show, świetnym Człowieku z Księżyca, czy ostatnio właśnie w Number 23 – widać, że oprócz klauna potrafi zagrać dramatycznie i świetnie mu to wychodzi. Jeżeli chodzi o sam film to zapraszam do recenzji.

Życie Waltera Sparrowa biegnie sobie powoli, bez niespodzianek i niebezpiecznych zwrotów. Jako człowiek od łapania psów nie ma zbyt wielu zmartwień. Ma piękną żonę i dorastającego syna. Jego życie zmienia się diametralnie w momencie, gdy otrzymuje w prezencie książkę pod tytułem „Liczba 23”. Są tam opisane losy człowieka, którego przeznaczenie całkowicie uzależnione jest od tego właśnie numeru. Walter jest pochłonięty lekturą, a co dziwniejsze znajduje w niej zadziwiająco wiele powiązań do własnego życia. W tym momencie liczba 23 staje się jego przekleństwem.

Akcja filmu podzielona jest na dwie płaszczyzny, na jednej widzimy coraz mniej spokojne życie Waltera, natomiast na drugiej jego mroczne alter ego – detektywa nazwiskiem Fingerling, prowadzącego pewną niebezpieczną grę…

Dla kogo jest ten film? Przede wszystkim dla ludzi lubiących specyficzny klimat kina noir. Jeżeli podobało Wam się Sin City, Jezioro Salton, Black Dahlia, czy słynna gra Max Payne, to będziecie w siódmym niebie. Jeżeli chodzi o skojarzenia liczbowe to również fani „Pi” Darrena Arronofsky’ego znajdą coś dla siebie. Reżyser często posługuje się schematami, charakterystycznymi ujęciami i oczywiście muzyką (Fingerling czasami gra na saksofonie – klasyk), aby uzyskać zamierzony efekt. Ktoś niewtajemniczony mógłby powiedzieć, że „Number 23” to film tandetny i ktoś przyznałby mu rację. Przez amerykańskich krytyków został nawet okrzyknięty jedną z największych klap ostatnich miesięcy(obok „Przeczucia” z Sandrą Bullock i „Ósmej plagi” z Hillary Swank), ale powiedzmy sobie szczerze – kogo to interesuje? Dla mnie to jeden z ciekawszych filmów jakie oglądałem w ostatnim półroczu.

Oprócz Jima Carreya możemy podziwiać grę aktorską mało u nas znanej Virginii Madsen, która wypada całkiem nieźle. Niestety niewiele z jej dorobku można było obejrzeć w rodzimej telewizji, a szkoda bo wydaje się bardzo ciekawą osobą. Podobnie jak Jima, w filmie widzimy ją jako dwie zupełnie różne osobowości, moim zdaniem ta wyimaginowana jest zdecydowanie ciekawsza… Jeżeli chodzi o stronę warsztatową reszty aktorów to nie mam żadnych zarzutów.

Wyjątkowo podoba mi się ścieżka dźwiękowa. Kompozytor Harry Gregson-Williams, który odpowiedzialny jest za muzykę we wszystkich częściach „Shreka”, „Opowieściach z Narnii” czy „Człowieka w Ogniu”(i wielu innych znanych produkcjach) kolejny raz pokazał, że zna się na rzeczy. Muzyka idealnie współgra z wydarzeniami na ekranie potęgując nasze wrażenia.

„Liczba 23” to na pewno ciekawy film. Na Waszym miejscu nie słuchałbym głosów krytyki i jeżeli tylko będzie okazja obejrzeć, to polecam najnowsze dzieło Joela Schumachera(odpowiedzialnego m. in. za świetne „8mm” ). Dodatkowo obserwujemy genialnego Jima w kolejnej nietuzinkowej roli – to nie jest codzienne zjawisko. Wystawiam mocną ósemkę.

Tytuł: Liczba 23
Tytuł oryginału: The Number 23
Reżyseria: Joel Schumacher
Scenariusz: Fernley Phillips
Muzyka: Harry Gregson-Williams
Data premiery: 2007-02-21 (Świat)
Czas trwania: 95 minut
Kraj: USA
Obsada: Jim Carrey, Virginia Madsen, Maile Flanagan, Coier Amerson, Michelle Arthur

Ocena: 8/5

Dyskusja