Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Transformers”

Pierwszy raz trailer Transformerów widziałem prawie rok temu. Od tej pory z napięciem oczekiwałem na dzień premiery, zwłaszcza że już od czasów dzieciństwa byłem fanem tych wielkich robotów (pamiętacie te bajki i film z 1986 roku?). Wczoraj w końcu zaspokoiłem moją ciekawość, wszak już drugi tydzień polskie kina nas tym raczą, ale po kolei…

Wizyta w ulubionym kinie jak zwykle należała do przyjemności: klimatyzowane sale, tani popcorn, świetne nagłośnienie i wygodne, wielkie fotele. Rozsiadłem się ze swoją dziewczyną na środku, po chwili światła zgasły i przy blasku srebrnego ekranu pogrążyłem się w niesamowitym świecie filmu.

Na początku opiszę najważniejszą część i składnik dzieła, czyli…

F/X
Od dawna było wiadomo, że głównym atutem filmu Transformers będą nadzwyczajne efekty komputerowe. Twórcy nie zawiedli swoich fanów. Efekty specjalne są rzeczywiście genialne, jak zwykle spece od f/x wspinają się na wyżyny możliwości sprzętowych, które dosłownie z miesiąca na miesiąc są coraz większe – przecież widzimy to w coraz nowszych filmach. Pamiętacie szał Matrixa? Teraz zastosowane tam techniki są powszechnie używane i nie budzą już takich emocji, w porównaniu z najnowszymi produkcjami są po prostu normalne. Pamiętam jak w drugiej i trzeciej części Matrycy pojawiały się wielkie mechy, co to były za emocje, dosłownie śliniłem się do ekranu na ich widok. W Transformers wszystko jest większe, bardziej rozbudowane, szybsze, lepsze i bardziej kolorowe, ale tego można się było spodziewać.

Przy filmie, którego wyprodukowanie kosztuje kilka(set) milionów dolarów nie może być inaczej, a niech wspomnę tylko, że głównym producentem jest największy magik Hollywood – Steven Spielberg, tym razem wyłącznie jako sponsor. Na potrzeby produkcji inżynierowie naprawdę zbudowali wielkie roboty, które później komputerowo ożywiali i za to należy im się duży szacunek. Maszyny są imponujące, każda z nich jest zupełnie inna, obdarzona własnym charakterem, ale co najważniejsze są po prostu piękne, kiedy walczą lub poruszają się to po prostu nie można oderwać oczu. Poezja techniki. Natomiast rzeczą której trudno nie zauważyć to rozmiar autobotów po transformacji – z małego samochodu zmieniają się w ogromne, mające kilkanaście metrów wysokości bestie, skąd bierze się ten materiał? Usprawiedliwieniem może być tylko supernowoczesna, kosmiczna technologia z planety Cybertron, wierzę, że tak jest.

Dźwięk
Kolejną ważną rzeczą na jaką zwróciłem uwagę to dobra muzyka: jest sporo ostrego riffowania na gitarach – spodziewałem się bardziej jakiegoś techno, ale rock doskonale pasował. Do tego dało się usłyszeć kilka hitów jak np. najnowszy Linkin Park „What I’ve done”. Wizja i fonia całkowicie się uzupełniają potęgując nasze doznania słuchowe, słyszałem głosy że ścieżka dźwiękowa przypomina utwory Hansa Zimmera, co potwierdzam, miałem podobne wrażenie.

Muszę pogratulować ludziom odpowiedzialnym za udźwiękowienie robotów. Charakterystyczne elektroniczno-mechaniczne brzmienie nieźle im wyszło, momentami aż się włos jeży. Każdy z wielkich bohaterów mówi też ze swoistym dla siebie akcentem, a jako ciekawostkę powiem, że głos dla demonicznego Megatrona podkłada Hugo Weaving czyli Agent Smith/Elrond. Na co też zawsze zwracam uwagę to odgłosy broni i strzałów – nie ma to jak niski, dudniący dźwięk działka dużego kalibru! Twórcom się udało, bo gdy tylko słyszałem ten dźwięk to uśmiechałem się od ucha do ucha. Wszelkie rakiety, działka i pociski to standard, wykonanie realistyczne jak na polu bitwy.

Aktorzy
Gra aktorska jakoś mnie nie urzekła, z przykrością stwierdzam, że gościnnie występujący w roli ministra obrony John Voight (którego pamiętam ze świetnego „Nocnego Kowboja” według Kurta Vonneguta) nie sprawdził się, miałem wrażenie,

że jedyne na co ma ochotę to położyć się pod kocykiem i zapaść w popołudniową drzemkę. Natomiast John Turturro (pamiętny „Quiz Show”, „Barton Fink”, „Hazardziści”) również do mnie nie przemówił jako dowódca tajnej jednostki specjalnej, chociaż przynamniej był śmieszny, za co ma małego plusa. Moim zdaniem granie intelektualistów najlepiej mu wychodzi. Dwójka młodych bohaterów, czyli Sam Witwicky (Shia LaBeouf) i Mikaela Banes (Megan Fox) fajnie grają, odczułem tą „chemię” którą chcieli nam pokazać. Oczywiście o wiele bardziej podobała mi się ładniutka i namiętna Megan Fox, która trochę przypomina mi Nelly Furtado. Poza tym chyba nawet nie musieli za bardzo udawać, wystarczyło być sobą, ot typowe amerykańskie nastolatki tyle że w nietypowej sytuacji. Shia LaBouf (dziwne nazwisko, urodzony w Kalifornii, ale nie udało mi się odnaleźć pochodzenia rodziców) przez ¾ filmu ma minę niedowiarka połączoną ze strachem i „woow”. Mam nadzieję, że w jego kolejnym filmie (wkrótce w kinach) „Niepokój” pójdzie mu lepiej, cóż – ma jeszcze wiele lat na naukę swojego rzemiosła.

Dialogi nie są zbyt górnolotne, są bardzo typowe i przewidywalne, ale na szczęście nie brakuje im humoru. Autoboty o dziwo też potrafią czasem zażartować. Sam Witwicky czasami powie coś śmiesznego, ale w jego przypadku to raczej komizm postaci, podobnie jest z innymi postaciami (każdy mówi dokładnie tak jak wygląda). Sekretarz obrony John Keller to chodzący posąg, każda jego wypowiedź jest mówiona jakby stał przed milionowym tłumem, z pompą i namaszczeniem. Wszystko całkowicie czarno-białe, nie ma miejsca na werbalne zaskoczenie, weźcie same kultowe teksty z filmów typu Predator, Terminator, Obcy, zmieszajcie je z komedią i będziecie mieli mniej więcej pogląd, ale tak miało być, wyczuwam w nich (na szczęście) autoironię twórców.

Ah, prawie zapomniałem, że Transformers to nie tylko komputerowe sztuczki techników, ale też pewna historia… Świadomie umieszczam ten akapit na końcu.

Fabuła
Jeżeli chodzi o scenariusz to niestety jest dziurawy jak dojrzały, szwajcarski ser. Parę razy podśmiewałem się z rażących luk i niedociągnięć fabularnych, jakie serwuje nam reżyser Michael Bay (zwany też Bayformers). Głównym motywem w filmie jest odnalezienie przez bohaterów „Wszechiskry” – potężnego artefaktu, który może m.in. każdą maszynę zmienić w śmiercionośnego robota. Tak się składa, że około 100 lat temu urządzenie wylądowało na Ziemi i niedługo po tym zaopiekowały się nim tajne służby USA. Teraz siły Megatronu (złe roboty) dowiedziały się o tym i przybyły by go znaleźć przy okazji niszcząc ludzkość. Na pomoc przybyły nam dobre i prawe roboty z Cybertronu, które szanują honor, naszą planetę i jej mieszkańców. Po wielu latach odwieczny konflikt między dwoma frakcjami zaczął się na nowo, a losy świata spoczęły w rękach pewnego nastolatka. Sam Witwicky to normalny nastolatek z typowego liceum, trochę ciamajdowaty, starający się o względy pięknej Mikaeli – klasowej piękności, która w ogóle go nie zauważa. Pewnego razu nadarza się okazja by odwieźć ją do domu, a niedługo potem okazuje się że „prawie nowe” Camaro którym jeździ to w rzeczywistości robot z innej planety. Trochę to naciągane, ale pamiętajmy, że to przecież ekranizacja dzieła sprzed wielu lat, scenariusz ograniczany jest przez twórcę komiksu. Ona w końcu zauważa „ten” błysk w oczu chłopaka i z całą pewnością podoba jej się jego samochód. W momencie gdy dowiadują się o robotach ich losy wplatają się w sam środek przygody o jakiej im się nawet nie śniło.

Jak już wspomniałem w wielu miejscach trzeba mocno przymknąć oko na niektóre sceny.
Jest taki moment w filmie gdy olbrzymi, mający kilkadziesiąt metrów w każdym wymiarze Artefakt minimalizuje się do wielkości plecaka – wydawało mi się, że powinien ważyć co najmniej kilkaset ton, ale oczywiście chłopiec bez problemu dźwiga go w rękach. Kolejną sprawą jest fizyka – wszystkie mechy skaczą i latają z niewiarygodną gracją i lekkością, tak jakby nic nie ważyły, pięknie i dynamicznie to wygląda, ale nie ma nic wspólnego z prawami natury. Wywracałem też oczami gdy jeden z żołnierzy gdzieś na froncie, wziął przypadkowy telefon komórkowy i po dłuższej chwili (i pewnej ciekawej konwersacji z arabskim operatorem) połączył się prosto z ministrem obrony narodowej, jakby to było takie proste. Tego rodzaju niedociągnięć jest sporo, o paru już zapomniałem, ale chyba rozumiecie jakiego rodzaju to film – tu fabuła jest tylko pretekstem dla efektów specjalnych.

Trzeba wspomnieć, że tytułowe roboty zyskały sobie rzesze fanów na całym świecie. Istnieją fankluby, które dyskutują nad zawiłościami i poszczególnymi wątkami sagi, której film ze swej ułomnej natury pokazuje tylko krótki wycinek, oprócz tego tysiące dzieci bawi się tymi zabawkami w wojnę (sam za młodu miałem jednego), a na pewno teraz moda powróci. Spece od marketingu nie próżnują.

Podsumowując: nie przejmujcie się w ogóle tymi minusami, które wymieniłem, ponieważ Transformers to naprawdę dobry film i oglądanie go to czysta przyjemność. Będziecie zachwyceni technicznym poziomem wykonania, a wpadki reżysera puścicie szybko w niepamięć. Na pewno szybko nie zapomnicie o tym co wasze oczy widziały i może obejrzycie go jeszcze parę razy (ja na pewno tak). 100% akcji dla małego i dużego, bez względu na płeć.

Mocne 8/10.

Tytuł: Transformers
Tytuł oryginału: Transformers
Reżyseria: Michael Bay
Scenariusz: Roberto Orci, Alex Kurtzman
Muzyka: Steve Jablonsky
Data premiery: 2007-08-17 (Polska) , 2007-06-21 (Świat)
Czas trwania: 144 minut
Kraj: USA
Obsada: Shia LaBeouf, Megan Fox, Josh Duhamel, Tyrese Gibson, Rachael Taylor, John Turturro, John Voight i inni…

Ocena: 8/5

Dyskusja