Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Rzecz o pewnym najemniku – recenzja książki „Bez litości”

Ja już tak mam, że wydawnictwu „Fabryka Słów” wierzę bezgranicznie. Po prostu dzięki nim do rąk czytelników trafia zarówno solidna polska fantastyka jak i najciekawsze pozycje z krajów sąsiednich.Ich książki mógłbym kupować bez zastanowienia. „Bez Litości” jest pozycją, która zalicza się do fantastyki z Europy Środkowej (Czechy). Książkę tę rzeczywiście kupiłem w ciemno, bo ani nie znałem wcześniej autora, ani opis z tyłu książki specjalnie do niej nie zachęcał. Mimo to stwierdziłem, że „raz kozie śmierć” i podobnie jak przy zakupie poprzednich wyrobów „Fabryki Słów” tak i ten okazał się trafiony.

Jak wspomniałem opis, który znajduje się na tyle książki nie zapowiada tak znakomitej lektury. Można by wręcz pomyśleć, że „Bez Litości” będzie kolejną średnią książką fantastyczną klasy B, à la setny tom kontynuacji Conana. Główny bohater to najemnik, oraz były gladiator, który przez grzechy przeszłości musi się zmierzyć z wojownikami ninja, magią i wieloma innymi tajemnicami. Toż to brzmi jak liniowy scenariusz do gier fabularnych RPG.
Ale już po pierwszych stronach szybko można się zorientować, że nie należy oceniać książki po okładce (a zwłaszcza po tym co na niej jest napisane). Autorowi od początku udaje się wciągnąć czytelnika w wir wydarzeń. Stworzył on na tyle ciekawą historię, że oderwanie się od książki następuje po naprawdę długim czasie. Czytając ją może się zdarzyć, że zorientujesz się, że jest już druga w nocy i wypada odłożyć lekturę do rana.

Jak wspominałem główny bohater, imieniem Blaky to najemnik. Naprawdę nieciekawy typ – na sam jego widok w ciemnym zaułku chciałoby się oddać portfel. Podejmie się on każdej roboty, aby spłacić dług, który ciąży na jego rodzinie od 15 lat. Już wydaje mu się, że spłata ostatniej raty przyniesie mu upragniony odpoczynek, gdy okazuje się, że za sprawą szantażu przyjdzie mu podjąć kolejne zadanie. Oczywiście nasz bohater nie ma na nie najmniejszej ochoty.

Na żądanie lokalnego zarządcy Belforda musi udać się wraz z bukmacherem Ochinotem do tak zwanej Wolnej Strefy. Sprawujący tam władzę syn Belforda jest zamieszany w jakieś majątkowe machlojki i trzeba sytuację wyprostować. Chcąc nie chcąc Blaky podejmuje się nowej roli ochroniarza dla księgowego i będzie musiał stawiać czoła coraz to nowym wyzwaniom i naprawdę poważnym sprawom na skale kryminalną. Żeby tego było mało, to jeszcze demony jego przeszłości i uciekający termin ostatniej raty cały czas depczą mu po piętach.

Czytelnik pochłaniając kolejne strony obserwuje jak w początkowo nieczułym, opryskliwym i troszczącym się tylko o swoje interesy Blakym zachodzą coraz to nowe przemiany wewnętrzne. Nigdy nie miał przyjaciół, a nagle okazuje się, że nowo poznane osoby z biegiem czasu zaczynają traktować osiłka z coraz to większą sympatią, którą ten ku własnemu zaskoczeniu zaczyna odwzajemniać.

Świat wykreowany przez Miroslava Zambocha w którym przyszło żyć naszemu bohaterowi nie jest typowy dla fantasty.Obok ludzi nie pojawiają się tu żadne inne istoty takie jak elfy, czy krasnoludy. Jest za to magia. A raczej była. W wyniku wielkiej wojny, która rozpętała się na kilkanaście lat przed historią opisaną w książce zaczęto tropić i tępić wszystkich zdolnych do posługiwania się magią. To właśnie przez nich doszło do wybuchu wspomnianej wojny. Na liście antymagicznej inkwizycji znalazła się rodzina Blaky’ego, ponieważ jego ojciec był zbyt perfekcyjnym kowalem, przez co został oskarżony o uprawianie magii i trafił na stos.Aby uratować swoją matkę i młodsze rodzeństwo Blaky musi zaciągnąć pewne zobowiązania finansowe.

W świecie tym nadal można się natknąć na pozostałości po magii. Są to na przykład stare, zatopione zbrojownie magicznych artefaktów, czy osoby w których uśpiony talent do czarów właśnie się budzi. Jedną z takich osób jest Trill – młoda czarownica, którą wbrew swej woli Blaky ratuje od stosu i wbrew swej woli zaczyna pałać nieznanymi mu wcześniej uczuciami.

Od strony stylistycznej książka stoi na całkiem przyzwoitym poziomie, choć autorowi zdarzają się drobne potknięcia. Pierwszoosobowa narracja sprawia, że zdarza się natknąć na takie paradoksy jak „Mruknąłem coś niezrozumiałego pod nosem”. Jak bohater mógł nie zrozumieć co sam powiedział? Chodź przyznaje, że to akurat może być i winą tłumacza.

Opisy scenerii i bohaterów, które nie są za przesadnie bogate wcale nie utrudniają czytelnikowi wgłębiania się w kolejne niuanse fabuły i zagadki kryminalne. Mimo, iż ilość tych ostatnich potrafi nieco zagmatwać sposób odbierania historii.

Od strony technicznej książka niestety nie zachwyca. To, że jest klejona i w miękkiej oprawie sprawia, że nie powinno jednego egzemplarza czytać zbyt wiele osób, aby po prostu się nie rozpadła. Już pierwsze przeczytanie odbija się na stanie książki. Niemniej fabuła sprawia, że warto kupić tę książkę nie żałując tych 35 zł. Ciekawostką jest pewien patent na okładce wykorzystujący różnice faktury materiału przez co książka w pewnych miejscach zdaje się błyszczeć, ale to już jest standard dla wydań „Fabryki słów”.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja