Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Lancelot na motocyklu – recenzja książki „Złamany Miecz”

Kilka dni temu, będąc w poznańskim Cinema City, trafiłem do otwartej tam niedawno księgarni. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po przestąpieniu jej progu, było spojrzenie na dział z przecenionymi książkami. Tam właśnie znalazłem „Złamany Miecz” Molly Cochran i Warrena Murphy’ego. Nabyłem go za śmieszną cenę sześciu złotych i jeszcze w drodze do domu rozpocząłem lekturę.

Niewidoma Beatrice znajduje Świętego Graala. Dotknąwszy go, odzyskuje wzrok – i zdobywa dziwną, tajemniczą moc. Magia Graala krzyżuje drogi dziewczynki i młodego króla. Beatrice towarzyszy Arturowi powracającemu z Bliskiego Wschodu do Stanów Zjednoczonych. W podróży czyhają na nich liczne niebezpieczeństwa. Nawet w epoce rozwiniętej techniki są ludzie, którzy posługują się magią, nie zawsze w szlachetnych celach. Zły czarnoksiężnik pragnie zdobyć Graala i związaną z nim moc – by go posiąść, nie cofnie się przed niczym. Tymczasem rycerze Okrągłego Stołu nie potrafią się odnaleźć w nowym świecie. Dawne cnoty rycerskie przestały się liczyć. Pod wodzą Hala, który był niegdyś Galahadem, rycerze uczą się dosiadać motocykli zamiast koni i pić piwo zamiast miodu. Nie zapominają jednak o swej prawdziwej misji – mają chronić króla i mu służyć.

Po „Złamanym Mieczu” nie oczekiwałem żadnych cudów. Sam tytuł powieści wydawał mi się dość infantylny. Kupując książkę miałem jednak nadzieję, że dostanę przyjemne czytadło, które umili mi kilka kolejnych wieczorów. Tak też się stało. „Złamany Miecz” okazał się lekturą ciekawą i przyjemną, a nade wszystko lekkostrawną. Autorzy serwują czytelnikowi interesującą historię, nierozerwalnie wiążącą się z legendą o Królu Arturze i Świętym Graalu. Akcja ma miejsce we współczesności, choć dużą częśc ksiązki stanowią retrospekcje opisujące wczesnośredniowieczną Anglię.

„Złamany Miecz” nie jest wbrew pozorom typową, infantylną powieścią fantasy, a wręcz przeciwnie, autorzy zawarli w swoim dziele kilka naprawdę ciekawych pomysłów. Dziwnym zabiegiem jest jednak mieszanina konwencji, którą łatwo zauważyć już po kilkudziesięciu minutach lektury. Cukierkowe opisy i rubaszne dowcipy przeplatają się ze scenami tortur i kaźni. W efekcie „Złamany Miecz” jest ni to zabawny, ni to mroczny – w gruncie rzeczy, bezpłciowy. Zupełnie jakby autorzy nie wiedzieli do końca, jakiego typu powieść chcą stworzyć. Powodem zaistniałej sytuacji może być też nic innego jak fakt, że książka była pisana przez dwie osoby – w takich przypadkach często dochodzi do sytuacji, że jeden z autorow wplata w powieść własne wątki, drugi dorzuca swoje trzy grosze, które średnio pasują do tego, co zostało już napisane, i w efekcie powstaje wybuchowa mieszanka, dla której trudno znaleźć konkretnego odbiorcę.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka wywiązało się ze swojego zadania całkiem nieźle. Nie dostrzegłem niedociągnięć w tłumaczeniu, a literówki można policzyć na palcach jednej ręki. Książka posiada ładną, choć dość cukierkową okładkę przedstawiającą tytułowy miecz. „Złamany Miecz” mieści się na trzystu siedemdziesięciu sześciu stronach i kosztuje dwadzieścia osiem złotych.

Nie wiem, czy polecić wam tę ksiązkę. Z jednej strony, jest to przyjemne czytadło, zdolne umilić kilka chłodnych, jesiennych wieczorów. Jednocześnie jednak powieść prezentuje dość przeciętny poziom i nie wybija się niczym na tle dziesiątek innych, podobnych pozycji. Ze względu na to „Złamany Miecz” mogę wam polecić tylko w dwóch przypadkach: albo jeśli jesteście miłośnikami legendy arturiańskiej, albo jeśli trafi wam się okazja zakupu książki po znacznie obniżonej cenie.

Ocena: 5/10

Tytuł: Złamany Miecz
Tytuł oryginału: The Broken Sword
Autorzy: Molly Cochran, Warren Murphy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2003
Ilość stron: 376
ISBN: 83-7337-143-5
Cena: 28zł

Dyskusja