Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „1408”

Pierwszy raz o filmie dowiedziałem się jakieś dwa miesiące temu, oglądając w kinie jego trailer. To, co zobaczyłem, nie ukrywam, spodobało mi się i powiedziałem znajomym, że trzeba będzie obejrzeć, zwłaszcza, że to na podstawie opowiadania Stephena Kinga. W międzyczasie pojawiło się kilka innych, ciekawych produkcji, minęło trochę czasu i proszę: już zdążyłem zapomnieć, a o swym istnieniu „1408” zakomunikował głośno, krzycząc z niemal każdego przystanku w centrum Warszawy. Do tego doszła aktywna kampania w portalach i magazynach filmowych, słowem – zapowiadał się hit. Co z tego wynikło… już Wam piszę.

„1408” nawiązuje do serii opowiadań S. Kinga o dziwnych i tajemniczych miejscach, z których chyba najbardziej znane to „Lśnienie” i „Czerwona Róża”. Ich wspólnym bohaterem jest budynek lub w tym przypadku pokój o bardzo mrocznej przeszłości. Ciekawostką jest to, że King napisał swoje opowiadanie, czerpiąc inspirację z prawdziwych wydarzeń, jakie miały miejsce w pewnym hotelu w Kaliforni na początku XX wieku.

Nowojorski Hotel Dolphin cieszy się dobrą reputacją, wprawdzie nie jest to Hilton ani Sheraton, ale dzięki miłej obsłudze, niewygórowanym cenom i schludnym, urządzonym w dobrym stylu pokojom ma swoich stałych bywalców. Jest tylko jeden mały szkopuł, ale jak to mówią „Diabeł tkwi w szczegółach” i w tym wypadku jest to w stu procentach trafne spostrzeżenie. Mianowicie jeden z pokoi jest zamknięty dla gości ze względu na dziwne zjawiska, jakie mają w nim miejsce. Człowiek nie wytrzyma w nim nawet godziny, a periodyczne sprzątanie zawsze wykonywane jest przez co najmniej dwie osoby i to w maksymalnie krótkim czasie, gdyż bezpieczeństwo personelu przede wszystkim. Jednak jest pewna osoba, która aż nie może się doczekać na wizytę w niesławnym lokum. Jest to pisarz, Mike Enslin. Pan Enslin jest raczej podrzędnym twórcą, a w swej twórczości skupia się na opisywaniu odwiedzonych przez siebie „nawiedzonych” miejsc. Jeździ on po całym kraju i uzbrojony w mały dyktafonik, nieodzownego papierosa i własny sceptycyzm, dementuje stare mity o duchach. Hotel Dolphin wydał mu się szczególnie atrakcyjny, zwłaszcza że mieści się w Nowym Jorku, gdzie mieszka jego była żona. Spotkanie byłoby więc dobrą okazją do zamknięcia starych, niedokończonych spraw. Po niewielkich trudach dociera na miejsce i udaje mu się przekonać kierownika tego przybytku – pana Olina (Samuel Jackson) by dał mu klucz. W tym momencie jego życie zamienia się w prawdziwy koszmar. Najgorszy, bo taki z którego nie da się obudzić.

Film, oczywiście, od razu kojarzy się z „Lśnieniem” Kubricka, z tą tylko różnicą, że na szczęście tym razem nie dostajemy bzdur o „starym indiańskim cmentarzu”, bo gdyby King znowu użył tego motywu to chyba straciłbym do niego szacunek jako do pisarza. Na szczęście nic takiego się nie dzieje. W sumie nie wiadomo dlaczego tytułowe pomieszczenie „straszy”, w przeszłości popełniono tam kilka morderstw, były samobójstwa, ale nigdy nie udało się ustalić natury drzemiącego tam zła. Tytułowy bohater, grany przez Johna Cusacka (bardzo dobra rola, świetne wykonanie) myśli, że jemu się uda. Wkrótce po zamknięciu za sobą drzwi odkrywa jednak, jak bardzo się mylił, niestety za późno na ucieczkę. Jak powiedziałem, jest to jedna z najlepszych ról w jakiej widziałem Kusacka, ponieważ praktycznie przez 90% trwania seansu, na ekranie widzimy tylko jego. Musi zagrać przerażenie, nostalgię, ból, czasem wesołość, szaleństwo – to trudne zadanie, ale aktor bezapelacyjnie udowadnia, że należy do pierwszej ligi (chociaż nie śmiałbym go porównywać z Nicholsonem). Samuel Jackson, znany głównie z filmów akcji, tym razem jako zrównoważony i dystyngowany dyrektor hotelu również przekonuje, niestety można go oglądać w sumie tylko przez jakieś 10 minut. Wydaje mi się, że reżyser umieścił go w obsadzie tylko po to, by przyciągnąć jego nazwiskiem ludzi do kin. Sprytna sztuczka i w sumie mu się udała, choć osobiście uważam, iż jest to oszukiwanie widza.

Reżyser o skandynawskich korzeniach Mikael Hafstrom (Szwecja) umie budować napięcie, atmosferę ciągłego zagrożenia i strachu, lecz w swoim dorobku nie ma zbyt wielu głośnych dzieł. Do najbardziej znanych należy chłodno przyjęty „Wykolejony” z Clivem Owenem, J. Anniston i charakterystycznym Vincentem Casselem. W rodzinnym kraju został doceniony licznymi nagrodami za „Ondskan” (u nas pod nazwą „Zło”), w którym to opisał brutalne prawa rządzące światem 16 letniego chłopca z dobrej rodziny. Na pewno nie jest to Spielberg, Scott czy Bay, ale z pewnością bardzo dobrze rokujący, młody, zdolny człowiek, o którym, jestem pewien, jeszcze nie raz usłyszymy. Cieszę się, że za tą ekranizację nie wziął się jeden z tuzów Hollywood.

Sam film często straszy wprost. Mamy tu wiele standardowych „horrorowych” akcji, czyli: włączający się nagle telewizor (lub radio), sceny z lustrem w łazience, czy niezapowiedziane odwiedziny duchów z szafy, po których człowiek odruchowo dryga w fotelu. Ale zauważcie, że powiedziałem „często”, co nie znaczy: zawsze. Drugą sprawą jest strach, którego nie można ubrać w słowa, strach przed stwierdzeniem: „a jeśli to wszystko prawda, jeżeli mi też się to przytrafi?” – to irracjonalne myślenie, ale chyba właśnie po to, by odczuć taki dreszcz – oglądamy filmy grozy. Twórcy w tej kwestii spisali się doskonale.

Jeżeli chodzi o udźwiękowienie, to oprócz kilku starych, amerykańskich szlagierów radiowych, muzyka nie rzuciła mi się w ucho. W tym momencie nawet nie potrafię sobie przypomnieć żadnej melodii. Ot, oprawa dźwiękowa, nie będę nad tym dłużej deliberował.

Efekty specjalne są minimalistyczne, bez żadnych fajerwerków, bo w filmie tego typu są zupełnie zbędne. Mamy tu do czynienia z drobnymi, komputerowymi przeróbkami, co jest przecież zupełną normalnością. Ważne, że wszystko wygląda całkiem naturalnie (no, może oprócz projekcji niektórych straszydeł).

Reasumując, muszę powiedzieć, że „1408” to całkiem nieźle zrobiony horror. Na pewno nie przełomowy, nie nazwałbym go też genialnym czy fascynującym, ale po prostu… dobrym, fajnym. Wyszedłem z kina i następnego dnia już o nim prawie zapomniałem, natomiast tego wieczoru bawiłem się przednie.

Moja ocena: 7/10

Tytuł: 1408
Tytuł oryginału: 1408
Reżyseria: Mikael Hafstrom
Scenariusz: Matt Greenberg, Larry Karaszewski
Muzyka: Gabriel Yared
Data premiery: 2007-11-23 (Polska) , 2007-06-12 (Świat)
Czas trwania: 94 minuty
Kraj: USA
Obsada: John Cusack, Samuel L. Jackson, Mary McCormack, Tony Shalhoub i inni…

Ocena: 7/5

Dyskusja