Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Kult (a.k.a. Słomiane Bóstwo)”

Kilka tygodni temu na ekrany polskich kin wszedł remake doskonałego brytyjskiego horroru pt. „Kult”. Mimo, iż miałem zamiar udać się na niego do kina, to ostatecznie moje plany legły w gruzach. Nie przegapiłem za to okazji do obejrzenia nakręconego trzydzieści lat temu pierwowzoru. „Kult” w reżyserii Robina Hardy’ego uważany jest za jeden z najlepszych brytyjskich filmów wszechczasów. Dziś, w kilka godzin po jego obejrzeniu, jestem skłonny dołączyć się do opinii krytyki.

Mieszkańcy szkockiej wyspy Summerisle wzywają do siebie sierżanta Howie, ktory ma im pomóc w odnalezieniu młodej dziewczyny. Policjant podejrzewa morderstwo. Podczas badania sprawy odkrywa, iż mieszkańcy wyspy tworzą zamkniętą, odizolowaną od zewnętrznego świata społeczność. Jakby tego było mało, odrzucają chrześcijańskie nauki i wyznają pogańskich bożków. Howie, będący głęboko wierzącym katolikiem, jest zbulwersowany swobodą obyczajów obywateli Summerisle i ich zaangażowaniem w kultywowanie dawno wymarłych tradycji. Pytani o zaginioną dziewczynę, udzielają sprzecznych lub szczątkowych informacji. Sierżant dochodzi do wniosku, że dziewczyna mogła zostać złożona w ofierze pogańskiemu bóstwu…

„Kult” to dosyć osobliwe kino grozy. Co niektórzy twierdzą nawet, że film ten nie ma nic wspólnego z horrorem. Rzeczywiście, dzieło Hardy’ego straszy w nieco inny sposób niż większość spośród kręconych dzisiaj podobnych produkcji. Okazuje się, że aby wzbudzić w widzu niepokój, nie potrzeba wcale zbędnej brutalności. Spływająca ze ścian krew i walające się dookoła ludzkie wnętrzności to zupełnie nie ta bajka. „Kult” zmusza do myślenia. Dopiero, gdy widz zastanowi się nad tym, co widzi na ekranie, będzie mógł dostrzec w filmie coś koszmarnego. Pewien niepowtarzalny nastrój, którego nie sposób doszukać się w jakimkolwiek innym horrorze. I nawet jeśli podczas seansu trudno trząść portkami z przerażenia, to obraz Hardy’ego jak żaden inny każe wziąć pod rozwagę wydarzenia, które mają miejsce na ekranie. Uczucia towarzyszące oglądaniu „Kultu” nie przypominają prawdziwego strachu – to raczej poczucie lęku, niepokoju i na pewien sposób także żalu.

Na dobrą sprawę, „Kult” ma w sobie wszystko to, co powinien mieć solidny film. Gra aktorów jest niemalże doskonała. Odtwórcą głównej roli został Edward Woodward. Bardzo dobrze wciela się w sierżanta Howie, jest przekonujący i nad wyraz naturalny. Świetnie spisał się też Christopher Lee, odgrywając lorda Summerisle. Zgodził się zagrać w filmie bez wynagrodzenia, jednak bez względu na to pokazał się od jak najlepszej strony. Spośród ról kobiecych na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim Diane Cilento, wcielająca się w pannę Rose. Jeśli zaś chodzi o bohaterów drugoplanowych – zostali oni odegrani tak, jak należy. W grze ich odtwórców nie dopatrzyłem się żadnych niedociągnięć. Wręcz przeciwnie – spisali się dokładnie tak, jak należało.

Od strony muzycznej „Kult” prezentuje się bardzo dobrze. Na uwagę zasługują pieśni, których aktorzy wykonują co najmniej kilka. Najpiękniejszą z nich wykonuje panna Rose podczas kuszenia sierżanta Howie – i to wcale nie dlatego, że podczas śpiewania jest zupełnie naga, choć nie sposób odmówić jej urody. Piosenka ma w sobie to coś, to brzmienie, które sprawiło, iż pokusiłem się o nagranie jej w formacie mp3, po czym utwór trafił na moją winampową listę. Rzecz jasna, oprawa audio „Kultu” to nie tylko wspaniałe pieśni sakralne. To także dobra ścieżka dźwiękowa i doskonały jak na tamte czasy dźwięk.

Jakby tego było mało, dzieło Hardy’ego posiada zręcznie napisany, interesujący scenariusz z dość niespodziewanym zakończeniem. Trudno narzekać na nudę podczas oglądania. Na ekranie ciągle coś się dzieje, a coraz to kolejne sceny obserwuje się z rosnącym zainteresowaniem.

Na koniec dodam jeszcze, że „Kult” budził pewne kontrowersje wśród chrześcijan. Przybywający na wyspę Howie to jedyny wyznawca naszej wiary, czujący się nieswojo pośród kultywujących pogańskie tradycje dzikusów. Sprawia wrażenie, jakby nie potrafił dostosować się do nowej społeczności, wśród której zmuszony jest przez jakiś czas przebywać. Jest swego rodzaju czarną owcą. Reżyser nie narzuca jednak widzowi opinii odnośnie głównego bohatera. Niektórzy mogą uznać go za konserwatywnego gbura, inni natomiast za jedyną normalną osobą na Summerisle. Jak się jedna okaże, samotnikowi wiatr zawsze wieje w oczy. Swoją drogą – ciekaw jestem, czemu Howie przybył na obcą wyspę sam, bez policyjnego wsparcia. Wydaje się to co najmniej dziwne, ale dodać muszę, iż jest to jedyna nielogiczność, na jaką natknąłem się podczas oglądania.

„Kult” to film zdecydowanie wart zarekomendowania. Polecam ten obraz wszystkim miłośnikom horroru. W szczególności zaś tym, którym nie będzie przeszkadzał fakt, iż przez całe osiemdziesiąt cztery minuty projekcji nie zobaczą ani kropli krwi. Dzieło Hardy’ego nie potrzebuje jednak hektolitrów krwi i wypruwanych wnętrzności, by móc się podobać. „Kult” to najlepszy horror, jaki dane mi było oglądać w ostatnim czasie. Dlatego też końcowa ocena jest taka, a nie inna.

Ocena: 8+/10

Tytuł: Kult (AKA Słomiane Bóstwo)
Tytuł oryginału: The Wicker Man
Reżyseria: Robin Hardy
Scenariusz: Anthony Shaffer
Muzyka: Paul Giovanni
Data premiery: 1973
Czas trwania: 84 minuty
Kraj: Wielka Brytania, Szkocja
Obsada: Edward Woodward, Christopher Lee, Diane Cilento, Britt Ekland, Ingrid Pitt

Ocena: 8/5

Dyskusja