Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Nosferatu Wampir”

Czym bylibyśmy bez klasyki? Bez Homera, Platona, Wergiliusza? Bez Mickiewicza, Krasińskiego, Wyspiańskiego czy Dostojewskiego? Czy chcemy tego czy nie, przeszłość określa nas, bez dziedzictwa wielkich twórców z przeszłości współczesna kultura nie byłaby tym czym jest dzisiaj. Tak samo jak literatura, również świat filmu ma swoich wieszczów. Wystarczy wspomnieć Felliniego, Hitchcocka, Kurosawę… i chociaż żyjącym pomników się nie wystawia, to ja osobiście postawiłbym Martinowi Scorsese i Wernerowi Herzogowi. Każdy z wymienionych wniósł wielki wkład do historii już nawet nie kinowej, ale światowej!

Swój pomnik stawiam Wernerowi Herzogowi za ekranizację powieści Brama Stokera „Dracula” – „Nosferatu Wampir”. Pomimo tego, że jest to remake (niemy oryginał stworzył Fredrich Wilhelm Murnau w 1922 r.) to dzieło stało się kanonicznym ewenementem, który posłużył jako wzór i inspiracja dla niezliczonej liczby młodszych reżyserów, podobnie jak wcześniej jego ojciec z lat ’20.

„Nosferatu” jest tym dla horrorów czym był i jest „Ojciec chrzestny” dla wszystkich filmów o mafii, po prostu klasyk. W miniony weekend mając chwilę wolnego czasu, przejrzałem stosik płyt pod nazwą „do obejrzenia” i postanowiłem w końcu zmierzyć się z TYM dziełem. Przedstawiam Wam moje odczucia.

Samo słowo horror w tym przypadku wydaje mi się zupełnie nie na miejscu, ponieważ mamy tu do czynienia z dramatem, chcąc być precyzyjnym z tragedią, natomiast występują tu tylko pewne elementy horroru, a mówiąc bardziej dostojnie – grozy. Jestem zauroczony tym dziełem, moje oceny mogą wydać się chłodnemu obserwatorowi zbyt emocjonalne, ale wybaczcie mi – mam do tego prawo.

Pierwszą rzeczą na jaką zwróciłem uwagę jest muzyka. Przyznam szczerze, że udało mi się zorganizować oficjalny soundtrack i aby przywołać wspomnienia sprzed dwóch dni słucham go teraz pisząc te słowa. Niektórzy wiedzą, że jestem wielkim fanem zespołu XIII Stoleti, czeskiej grupy inspirującej się starymi legendami o wampirach, wilkołakach, okultyzmem i generalnie mroczą stroną życia i śmierci. Gdy usłyszałem pierwsze tony melodii w początkowej scenie, został na mnie rzucony urok. Jest to połączenie muzyki sakralnej i etnicznej (rumuńskie i góralskie motywy, używane instrumenty), coś co mogłoby być jedną z pierwszych płyt Dead Can Dance. XIII Stoleti ma w swojej dyskografii utwory o takich tytułach jak „Nosferatu”, „Transilvanian werewolf”, „Stigmata vampirie”, „Stary Hrabe” – wszystkie one w jawny (jak również w przenośni, kwestia interpretacji liryki) sposób nawiązują do omawianego dzieła. No więc soundtrack jest kwintesencją tego klimatu, emulsją, źródłem, z którego czerpie mój ukochany zespół. W końcu niektóre elementy układanki, których zawsze się domyślałem, zaczęły do siebie pasować. Idealnie też pasują do przedstawianych obrazów: dzikie, niedostępne Karpaty, wielkie, pełne cieni zamczysko, oniryczne wizje bohaterów.

W ogóle film wydaje się być snem, koszmarem, sceny często odarte są z realizmu. Sam hrabia Drakula swoją prezencją tworzy taką atmosferę, Klaus Kinski, który wcielił się w tę rolę zrobił to w tak genialny i przerażający, ujmujący sposób, że nie sposób nie uchylić czoła przed jego wielkością. Przez chwilę sposób gry ociera się o banał, ale jest to całkowicie złudne odczucie, które natychmiast znika (właściwie to wstyd mi przed samym sobą, że to jest śmieszne). Jeden raz widziałem coś podobnego, obejrzyjcie „Mechanika” z Christianem Bale, a zrozumiecie o czym mówię. Oczywiście bardzo dużą rolę odegrała charakteryzacja, aktor spędzał cztery godziny dziennie, cierpliwie czekając aż wizażyści zrobią swoją pracę: pomalują, potalkują, dorobią sztuczne uszy i zęby. Jednak chyba wszyscy zgodzimy się, że umiejętności, charakter i sztuka przekazywania emocji to jedno, a sztucznie stworzony wizerunek to drugie. Efekt jest taki, że gdy na ekranie pojawia się tytułowe monstrum, ciarki przechodzą człowiekowi po plecach, a film ma przecież prawie 30 lat.

W scenariuszu pojawiają się jeszcze trzy kluczowe postaci: agent nieruchomości Jonathan Harker (Bruno Ganz), jego żona Lucy (zjawiskowa Izabelle jadani) oraz szef pana Harkera – Reinfeld (Roland Topor). Każdy z bohaterów jest we władzy Nosferatu, chociaż są z nim w innej relacji. Tu rozpoczyna się dowolność i wielowarstwowość interpretacji, moim zdaniem najważniejsza płaszczyzna sztuki.

Odkrywanie uczuć bohaterów, zwłaszcza tego tytułowego jest prawdziwą przyjemnością, ale i wyzwaniem. Drakula jest postacią tragiczną: wie że jest potworem, niechcianym dzieckiem nocy, wampirem, ale gdzieś tam w głębi zimnego serca nadal pozostał człowiekiem. Pragnie kochać i być kochanym, chce zbliżyć się do ludzi, pragnie ich ciepła. To, że musi pić krew jest jego klątwą, przekleństwem, z którym musi walczyć i wie, że jest to walka z góry skazana na porażkę, od setek lat nic się nie zmieniło. Film skupia się na ukazaniu wewnętrznego rozdarcia, sprzecznych uczuć targających duszą potwora – piękna i bestia. Jest to znany i bardzo wdzięczny motyw, często pokazujący się w literaturze i kinie, począwszy od wspomnianych przeze mnie na wstępie klasyków, po współczesne amerykańskie superprodukcje.

Rozmawiając o adaptacjach powieści Stokera, jak mógłbym nie wspomnieć o „Bram Stoker’s Dracula” – dziele Francisa Forda Coppoli, które jest moim zdaniem najlepszą – zaraz po Herzogu – adaptacją powieści słynnego pisarza, skupia się tylko na innych elementach historii. Zrobiona jest z wielkim scenicznym rozmachem, czego na pewno brakuje w ascetycznej wizji niemieckiego reżysera, ale powróćmy do tematu.

Fabuła po krótce wygląda następująco: Jonathan Harker z polecenia swojego przełożonego imieniem Reinfeld, wyjeżdża zostawiając pogrążoną w smutku żonę do Transylwanii, aby ekscentrycznemu klientowi zaoferować włości w centralnej Europie. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że siedziba hrabiego cieszy się wśród gminu bardzo złą sławą, ludzie znikają bez śladu, a nocą lepiej nie wychylać nosa znad strzechy. Lekceważąc wszystkie ostrzeżenia, Jonathan odwiedza zamek i przystępuje do transakcji z bądź co bądź – klientem. Już tej samej nocy gorzko żałuje, że opuścił ciepły dom i wybrał się do tak przerażającego miejsca. W tym samym czasie Lucy zaczyna mieć koszmarne wizje, zaczyna lunatykować… moc Drakuli ma wpływ na wszystkich związanych z Jonathanem bliskich. Wkrótce zły czar i zaraza przybędzie wprost do jej domu, rozprzestrzeniając się na całe miasto…

Cóż mógłbym jeszcze powiedzieć? Na pewno dzieło Wernera Herzoga warte jest spędzenia tych dwóch godzin przed telewizorem, polecam zarówno kinomaniakom – ludziom potrafiącym docenić kunszt misternej pajęczyny utkanej przez grę cieni i półsłów wypowiadanych przez bohaterów, jak i zwykłym fanom szklanej rozrywki, by mogli zobaczyć i docenić kolejną perełkę z lamusa. Naprawdę warto.

Moja ocena: 10/10

Tytuł: Nosferatu Wampir
Tytuł oryginału: Nosferatu: Phantom der Nacht
Reżyseria: Werner Herzog
Scenariusz: Werner Herzog
Muzyka: Charles Gounod, Popol Vuh
Data premiery: 1979-01-17 (Świat)
Czas trwania: 106 minut
Kraj: Francja, RFN
Obsada: Isabelle Adjani, Klaus Kinski, Bruno Ganz, Roland Topor, Walter Ladengast

Ocena: 10/5

Dyskusja