Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Painkiller: Hell & Damnation – recenzja gry

Painkiller to jedna z najlepiej rozpoznawalnych polskich marek wśród gier komputerowych na świecie. Mimo wielu para-kontynuacji tworzonych przez różne studia, nikt nie sięgnął zawieszonej przez studio „People Can Fly” poprzeczki, co więcej, tworzone były „dzieła”, które jedynie ośmieszały ich twórców. Aż do niedawna, kiedy po raz kolejny Polacy wzięli się za dzieło swych poprzedników, tworząc naprawdę godnego następcę.

Mogłoby się wydawać, że twórcy odświeżonej wersji pójdą na łatwiznę i wzorem studia „Croteam” jedynie odtworzą stare, wypróbowane dzieło w nowej szacie graficznej. Farm 51, odpowiedzialne za stworzenie „Painkillera Hell & Damnation” pokusili się o nieco więcej i stworzyli własny wątek fabularny. Tym razem znów mamy do czynienia z poznanym w pierwowzorze Danielem Garnerem, który wraz ze swoją ukochaną zginął w wypadku samochodowym. Ona z racji swej dobrej duszy trafiła do nieba, natomiast on tuła się gdzieś pomiędzy piekłem a czyśćcem, tracąc już nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze spotka swoją miłość. Wtem rodzi się nowa nadzieja, która po raz kolejny każe głównemu bohaterowi wrócić do walki, a daje mu ją sam Śmierć. Żniwiarz porywa Daniela do kolejnej misji, zlecając mu zdobycie siedmiu tysięcy dusz, w zamian za co obiecując mu spotkanie z żoną. Nie mając nic do stracenia, potępiony bohater wyrusza na łowy.

Wracamy do roboty

W trakcie naszej wędrówki mijać będziemy znane już z pierwszej części „Painkillera” i dodatku „Battle out of Hell” poziomy. Co prawda twórcy pominęli znaczną ich ilość, ale w dobrym guście pozostawili te najlepsze, modyfikując napotykanych w nich przeciwników, sekrety i inne bonusy. Lokacje podzielone są na cztery rozdziały, na końcu których będziemy musieli mierzyć się z ogromnym bossem. Zdecydowanie wpływa to na korzyść produkcji, bowiem czasem stary dobry „Painkiller” naprawdę potrafił zirytować, zmuszając nas do biegania po poziomych ścianach w celu zdobycia jakiegoś sekretu. Kwestia ta została dobrze wyważona i od teraz naprawdę warto szukać sekretnych miejsc. To samo tyczy się przeciwników, którzy są całkowicie inni od tych, których mogliśmy spotkać w protoplaście gry – napotkamy na swej drodze tylko tych najfajniejszych.

Obrazek

Produkcja w rozgrywce prezentuje się bardzo dobrze. Szalone tempo akcji i setki napierających przeciwników zdecydowanie nie pozwolą się nudzić żadnemu fanowi klasycznych strzelanin. Co krok napotykamy ślepo pędzące hordy szkieletów, zakapturzonych toporników czy nieumarłe dzieciaki. Ślepo, bowiem ich inteligencja pozostawia sporo do życzenia, dając graczowi pole do wyszukiwania skrytek chroniących przed ich atakami. Niezależnie, czy dany zombiak zmieści się w szczelinie, czy nie, będzie próbował się w nią wcisnąć, kiedy my beztrosko będziemy mogli przerzedzać szeregi przeciwników. Twórcy zapewne zwrócili na to uwagę i wyposażyli wrogów w umiejętność ataku przez niektóre obiekty, co tworzy bardzo nieciekawy widok ich przenikania przez ściany, nagrobki czy inne słupki.

Obrazek

Ogólnie kwestia przenikania przez tekstury może być uciążliwa, bo o ile przenikające odnóża oponentów jakoś jeszcze można przeżyć, tak irytujące są wypadające poza ściany przedmioty, które nieopatrznie wysypały się za daleko od zniszczonej przez nas skrzynki. Nie mówiąc już o zdziwieniu, kiedy to przy próbie przejścia po schodach czasem my sami możemy trafić na „dziurę” w teksturach, która wyśle nas głęboko w nieskończoną przepaść.

Argument siły

Oczywiście, jeśli mamy mierzyć się z setkami maszkar, to musimy mieć do tego odpowiednie środki. Uzbrojenie jest zróżnicowane i nie zabrakło w nim nowości w postaci „Łowcy Dusz”. Broń ta przez pewną część gry zastępuje znanego z poprzednich części gry painkillera, i oferuje trzy możliwości ataku. Pierwsza z nich wystrzeliwuje wirujące piły pozbawiające oponentów kończyn, drugą opcją jest wysysanie dusz, pozwalające nam szybko i bez zużycia amunicji zasycić naszego bohatera duszami. Trzecia opcja uaktywnia się po wchłonięciu kilku przeciwników i pozwala zmusić wrogów, by stanęli po naszej stronie. Poza tym mamy wypróbowany już arsenał, między innymi starego dobrego shotguna z opcją zamrażania, rakietnicę z podczepionym minigunem czy kołkownicę z granatnikiem. Po raz kolejny istotne jest zbieranie dusz pozostałych po wyeliminowanych monstrach, bowiem za każdym razem, gdy zbierzemy ich 66, nasz bohater na krótką chwilę zmieni się w demona, kładąc pokotem wszystkich przeciwników.

Obrazek

Kolejną bronią w naszym arsenale są występujące w dwóch typach karty tarota. Każda z nich zawiera jakiś bonus, złote zapewniają czasowe premie między innymi do zadawanych obrażeń czy też potrafią spowalniać czas. Srebrne natomiast wspomagają nas stale powiększając np. ilość zdobywanego złota. By móc posłużyć się którąkolwiek z nich, będziemy potrzebowali dwóch rzeczy. Pierwszą z nich jest złoto, które zdobywamy niszcząc obiekty takie jak skrzynie, trumny czy inne wazony. Nad drugą rzeczą będziemy się już musieli mocno napracować, bowiem są to osiągnięcia, za które jesteśmy nagradzani odpowiednimi kartami tarota. Każdy poziom proponuje swoje misje do wykonania, raz więc będziemy musieli odnaleźć wszystkie sekretne miejsca, w innej lokacji natomiast będziemy musieli znaleźć i pokonać wszystkie potwory. Jeśli nam się to uda, otrzymamy stosowną kartę, której od teraz będziemy mogli używać.

Oczom świeczkę i uszom ogarek

Odtworzone w nowej jakości silnika „Unreal Tournament 3” lokacje prezentują się naprawdę dobrze, ładne cieniowanie i szczegółowość tekstur zdecydowanie umilą nam rozgrywkę. Niestety jednak, „odświeżanie” nie wszędzie się powiodło i widać to na przykładzie niektórych modeli postaci, a już najgorszym z nich jest chyba jeden z bossów, potwór z bagien, którego animacja i sam kształt pozostawiają wiele do życzenia. Te niedociągnięcia rekompensuje świetnie dobrana muzyka, która w połączeniu z siekanymi potworami daje wrażenie, jakbyśmy przez większą część gry poruszali się po scenach z okładek płyt „Iron Maiden”. Sprawia to, że oprócz paru niedociągnięć, w zasadzie nie można grze pod tym względem wiele zarzucić i rzadko kiedy przyjdzie nam zwracać uwagę na pewne niedoskonałości graficzne.

Obrazek

Reasumując, „Painkiller: Hell & Damnation” to strzelanina z ogromnym tempem akcji, legionami stających przeciw nam przeciwników i masą osiągnięć do zdobycia. Wszystko wskazywałoby na naprawdę wyśmienitą grę, gdyby nie fakt, że jednak jest to tylko remake części znanych już poziomów. Nowym graczom może to nie przeszkadza, jednak starzy wyjadacze liczyli na odrobinę więcej wkładu własnego twórców. Niemniej jednak jest to najlepsza część gry, jaka ukazała się od czasu oddania przez „People Can Fly” praw do marki i spędzonego z nią czasu na pewno nie można zaliczyć do chwil straconych.

Obrazek

Dyskusja