Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Bestia z otchłani”

Kilka dni temu, będąc w jednym z poznańskich supermarketów, natknąłem się na wielki kosz wypełniony przecenionymi filmami DVD. Spośród masy niskobudżetowych komedii, romansów i sensacji udało mi się wygrzebać coś bardziej interesującego. Thriller z prehistoryczną bestią w roli głównej. Idea wydała mi się ciekawa, ale cena wynosząca niecałe cztery złote nie pozwalała żywić wobec filmu zbyt wielkich nadziei. Mimo to, zdecydowałem się na zakup.

Fabuła „Bestii z otchłani” prezentuje się dość ciekawie. W pogoni za nowymi złożami ropy naftowej koncern Nexecon CEO buduje u wybrzeży Grenlandii największą na świecie platformę wiertniczą – Colossus. Ma ona techniczne możliwości prowadzić odwierty znacznie głębiej niż jej poprzedniczki, co budzi niepokój i sprzeciw geologów. Aby uspokoić opinię publiczną, na pokład platformy zostaje zaproszona najpopularniejsza para telewizyjnych reporterów w celu realizacji filmu o pracy Colossusa. Potężne wiertło przedziera się przez oceaniczne dno na nieosiągalnej dotychczas głębokości, powodując geologiczną katastrofę w postaci pęknięcia skorupy ziemskiej, pod którą ujawnia się drugie lustro prehistorycznego oceanu.

Powiem wprost: „Bestia z otchłani” to najsłabszy film, spośród wszystkich, które miałem okazję obejrzeć w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Na taką opinię złożyło się kilka różnych czynników. W każdym razie, jedynym aspektem ratującym obraz Pata Corbitta przed najniższą z możliwych ocen, jest gra aktorska. Cała reszta natomiast leży, skrzypi i zgrzyta.

W skład obsady wchodzą głównie niezbyt popularni amerykańscy aktorzy, znani głównie z gry w serialach i niskobudżetowych produkcjach filmowych. Umiejętności, którymi popisali się w „Bestii z otchłani” wprawdzie nie powalają na kolana, stoją jednak na nieproporcjonalnie wysokim poziomie w stosunku do pozostałych aspektów filmu. Nieźle zagrał Robin Sachs, wcielający się w szefa platformy wiertniczej. Całkiem poprawnie spisała się też Leighane Littrell, którą kilka lat wcześniej można było oglądać w produkcji „Dzika Ameryka”. Dobre wrażenie zrobił też na mnie Al Sapienza w roli Rossa Elliotta, choć nie ustrzegł się przed paroma drobnymi zgrzytami. Pozostali aktorzy nie wzbudzili we mnie większych emocji. W większości zagrali dość przeciętnie, nie ustrzegłszy się przed pewnymi niedociągnięciami.

Były już pochwały, teraz czas na nagany. A tych jest zdecydowanie więcej. „Bestia z otchłani” ma tak wiele wad, że nie za bardzo wiem od której mam zacząć. W oczy najbardziej razi scenariusz. Jest sztampowy, do bólu naiwny i pozbawiony jakiegokolwiek sensu. Z filmu tak naprawdę nic nie wynika, odniosłem wrażenie, że powstał on wyłącznie z myślą o nakręceniu finałowej sceny, w której to ludzie ścierają się z gigantycznym rekinem. Swoją drogą, owo starcie również nie zwala z nóg. Dialogi stoją na przedszkolnym poziomie. Ogólnie scenariusz pełen jest różnego rodzaju naiwności. Bardzo rozbawiła mnie scena, w której znawca podwodnej przyrody ze śmiertelną powagą oznajmia, iż obiekt wykryty na radarze to najprawdopodobniej prehistoryczna bestia obudzona do życia, po tym jak naukowcy wykonali odwiert. Jednakże to tylko jeden z wielu podobnych smaczków.

Twórcy filmu w bardzo ciekawy sposób wykorzystali efekty specjalne. To, że efekty komputerowe zostały użyte do wykreowania megalodona, nie było dla mnie niczym dziwnym. To, że platforma wiertnicza przypomina futurystyczne laboratorium, stworzone za pomocą animacji na poziomie cut-scenek w starej grze komputerowej, mogłem jeszcze znieść. Ale kiedy efektów specjalnych użyto do wyanimowania zwyczajnej motorówki, płynącej po powierzchni wody – przeszło to moje najśmielsze oczekiwania. „Bestia z otchłani” stanowi idealny przykład na to, jak nie należy używać efektów specjalnych.

Podobnie sprawa ma się z muzyką – która nijak nie spełnia swojego zadania. Nie buduje nawet pozorów napięcia czy atmosfery niepokoju, a szkoda, bo byłaby ona bardzo odpowiednia w produkcji tego typu. Wprawdzie podczas oglądania natknąłem się na pewien całkiem przyjemny dla ucha motyw, lecz po zakończeniu seansu miałem go serdecznie dość. Spróbujcie bowiem przez półtora godziny słuchać w kółko jednej i tej samej melodyjki. Irytacja gwarantowana.

Podsumowując, „Bestia z otchłani” to film niesłychanie słaby. Naiwny i bezsensowny scenariusz, nieumiejętne wykorzystanie efektów specjalnych, kiepska muzyka, nielogiczności fabuły, a także cała masa uprzykrzających życie drobiazgów, które występują tu w ilościach hurtowych, a których wypisywanie mijałoby się z celem, sprawiają, czynią go niewartym oglądania. Jedyny atut opisywanego przeze mnie obrazu to poprawna gra aktorska. Jest to jednocześnie jedyny powód, dla którego nie wystawiam filmowi najniższej możliwej oceny.

Tytuł: Bestia z otchłani
Tytuł oryginału: Megalodon
Reżyseria: Pat Corbitt
Scenariusz: Stanley Isaacs , Gary J. Tunnicliffe
Data premiery: 2004
Czas trwania: 87 minut (z czego ponad 10 minut to napisy końcowe)
Kraj: USA
Obsada: Robin Sachs, Leighanne Littrell, Yasmine Delawari, Stanley Isaacs, Al Sapienza

Ocena: 2/5

Dyskusja