Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Harry Potter i Zakon Feniksa”

Ekranizacja piątej części przygód Harry’ego Pottera narobiła dużo szumu w filmowym światku. Opinie fanów oraz krytyki były bardzo różne. Niektórzy twierdzili, że nowe dzieło Davida Yates’a jest tworem wybitnie nieudanym, inni zaś byli zdania, że jest to najlepszy z nakręconych do tej pory filmów o najsłynniejszym czarodzieju Hogwartu. Zażarte spory między obiema tymi grupami skłoniły mnie, by pójść do kina. Dziś, po obejrzeniu „Zakonu Feniksa”, mogę śmiało stwierdzić, że racja leży po obu stronach.

Wobec śmiertelnego zagrożenia ze strony Lorda Voldemorta, po kilkunastu latach reaktywowano Zakon Feniksa, którego członkowie, działając w tajemnicy przed śmierciożercami z jednej strony, a Ministerstwem Magii z drugiej, muszą powstrzymać wroga przed zdobyciem tajnej broni. Tymczasem w Hogwarcie Harry Potter doznaje coraz to nowszych wizji. Utwierdza się w przekonaniu, że jego sny są prawdziwe. Widząc jak Ministerstwo usuwa ze szkoły kolejnych sprzymierzeńców, wraz z oddanymi przyjaciółmi postanawia rozwikłać zagadkę powrotu Lorda Voldemorta.

Tuż po wyjściu z kina rozpracowałem sobie bilans zalet i wad najnowszej ekranizacji przygód Pottera. Zdziwiłem się, gdy niemal wszystkie techniczne aspekty filmu, takie jak udźwiękowienie, efekty specjalne, gra aktorska, montaż czy scenografia, przemawiały na jego korzyść. Na dobrą sprawę, jedynym minusem opisywanego przeze mnie obrazu jest scenariusz. Przeniesienie liczącej niemal tysiąc stron książki na duży ekran niewątpliwie było dla scenarzysty bardzo trudnym zadaniem. Skutkiem tego jest pominięcie wielu drobnych, ale dość istotnych wydarzeń. Poza tym niektóre sceny są po prostu za krótkie, zrobione jak gdyby z konieczności i z konieczności przerwane w najciekawszym momencie.

Najlepszym tego przykładem jest atak profesor Umbridge i Hogwartowego oddziału inkwizycyjnego na Gwardię Dumbledore’a. W filmie niestety nie uświadczymy brawurowej ucieczki członków Gwardii. Żałowałem też, że walka Umbridge z centaurami z Zakazanego Lasu została skrócona tak, jak to tylko możliwe. W ekranizacji nie brakuje też przeinaczeń względem pierwowzoru. Twórcy zrezygnowali z krętych labiryntów Departamentu Tajemnic na rzecz zwyczajnych korytarzy, co uważam za średnio udany zabieg. Poza tym w filmie Yates’a Gwardia Dumbledore’a została zdradzona przez Cho Chang, a nie jej przyjaciółkę, jak to miało miejsce w książce. Podobnych nieścisłości jest całkiem sporo, jednak do pewnego stopnia tłumaczy je fakt, że przeniesienie wszystkich scen z niemal tysiącstronicowej powieści byłoby niemożliwe. Ostatecznie film i tak jest bardzo długi – trwa prawie dwie i pół godziny.

Jako, że akcja pędzi do przodu jak szalona, osoby nie znające książkowego pierwowzoru będą miały spore trudności z połapaniem się, o co w tym filmie tak naprawdę chodzi. Twórcy wyraźnie założyli, że do kin przyjdą głównie zagorzali fani Pottera, którzy bardzo dobrze znają książki Rowling oraz widzieli wszystkie poprzednie ekranizacje. Potteromaniacy nie powinni więc mieć żadnych problemów z odbiorem filmu. Co innego ich rodzice lub znajomi, którzy nie gustują w poterro-literaturze.

Z technicznego punktu widzenia, „Harry Potter i Zakon Feniksa” jest filmem bardzo dobrym. Bardzo dobre wrażenie robi gra aktorów. Twórcy skupili się zwłaszcza na odtwórcy głównego bohatera, który z roku na rok wyraźnie doskonali się w aktorskim fachu. Odbywa się to jednak kosztem Ruperta Grinta i Emmy Watson, czyli filmowych Rona i Hermiony, którzy w najnowszej ekranizacji przygód Pottera nie mieli okazji, by się wykazać. Tradycyjnie już, doskonale spisał się Alan Rickman w roli Severusa Snape’a. Jeśli czyjaś gra tutaj zgrzyta, to niewątpliwie Harry’ego Mellinga, wcielające się w Dudleya Dursley’a. W odróżnieniu do większości obsady, Melling tym razem spisał się bardzo kiepsko.

Dobrze prezentuje się oprawa dźwiękowa. W „Zakonie Feniksa” wykorzystano kilka klimatycznych, zupełnie nowych motywów muzycznych, co niewątpliwie wychodzi filmowi na plus. Doskonale spełniają one swoje zadanie, budując i podtrzymując napięcie w odpowiednich ku temu momentach. Najłatwiej to zauważyć w finałowym starciu Harry’ego z siłami Lorda Voldemorta. Zadowalająco spisali się również ludzie odpowiedzialni za scenografię. Miło było po raz kolejny obejrzeć Hogwart, wspaniały zarówno z zewnątrz, jak i w środku. Poza tym, widzowie znów mają okazję odwiedzić Zakazany Las, a także – po raz pierwszy – Departament Tajemnic w Ministerstwie Magii.

Na koniec jeszcze parę słów na temat animacji i efektów specjalnych. Wzorem poprzednich części, pod obydwoma względami „Harry Potter i Zakon Feniksa” robi bardzo dobre wrażenie. Moją uwagę zwrócił przede wszystkim świetnie animowany Graup, choć nieźle prezentuje się też Stworek, domowy skrzat Syriusza. Co się zaś tyczy samych efektów… Zgodnie z dzisiejszymi standardami, stoją na bardzo wysokim poziomie. Najlepiej przekonuje o tym doskonale nakręcona walka Albusa Dumbledore’a z Lordem Voldemortem, choć na przestrzeni niemal stu czterdziestu minut filmu, twórcy efektów specjalnych wielokrotnie wykazują się przed widzem.

Ogólnie rzecz biorąc, „Harry Potter i Zakon Feniksa” broni się nieźle jako ekranizacja, lecz robi nienajlepsze wrażenie jako samodzielny film. Nowe dzieło Yates’a ma w gruncie rzeczy tylko jedną wadę. Jest jednak na tyle poważna, że będzie rzutowała na odbiór całokształtu przez wszystkich tych, którzy nie mieli wcześniej kontaktu z powieścią. Ekranizacja piątego tomu przygód Harry’ego Pottera została stworzona z myślą o zagorzałych miłośnikach prozy Rowling i to oni wyjdą z kina usatysfakcjonowani. Wszystkich innych z pewnością spotka zawód.

Ocena: 6/10 *

Tytuł: Harry Potter i Zakon Feniksa
Tytuł oryginału: Harry Potter and the Order of Phoenix
Reżyseria: David Yates
Scenariusz: Michael Goldenberg
Muzyka: Nicholas Hooper
Data premiery: 2007-07-11 (świat), 2007-07-27 (Polska)
Czas trwania: 138 minut
Kraj: USA, Wielka Brytania
Obsada: Daniel Radcliffe, Rupert Grint, Emma Watson, Ralph Fiennes, Imelda Staunton

* ostateczny werdykt stanowi niejako złoty środek pomiędzy ocenami, między którymi się wahałem. Sugeruję, by potteromaniacy dodali do oceny jedno oczko, natomiast Ci, którzy nigdy nie czytali książki, jedno oczko odjęli.

Ocena: 6/5

Dyskusja