Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Kobieta w błękitnej wodzie” – recenzja

Początki hollywoodzkiej kariery były dla M. Nighta Shyamalana bardzo pomyślne. Szczególny rozgłos przyniósł mu w 1999 roku, nominowany do Oscara w sześciu kategoriach i nagrodzony wieloma prestiżowymi nagrodami, „Szósty zmysł”. Pozwoliło mu to ściągnąć do swoich kolejnych filmów takie gwiazdy jak Mel Gibson czy Adrien Brody. Zarówno „Znaki”, jak i „Osada”, wzbudziły mieszane uczucia wśród krytyki, jednak znalazły grono oddanych zwolenników. Czara goryczy przelała się dopiero w 2006 roku, gdy do kin weszła „Kobieta w błękitnej wodzie”. Okazała się całkowitym niewypałem, przynosząc swojemu twórcy zasłużoną Złotą Malinę.

W filmie poznajemy historię Clevelanda Heepa, dręczonego depresją administratora luksusowego bloku mieszkalnego o nazwie Laguna, który pewnej nocy spostrzega, że na terenie nieruchomości ukrywa się tajemnicza dziewczyna. Odnaleziona nieopodal przybyszka okazuje się Narfą – przypominającą nimfę istotą rodem ze wschodnich bajek – zamieszkującą pełen magii Błękitny Świat. Story nie bez powodu przybyła właśnie do Laguny. Okazuje się, iż jednemu z mieszkańców pisane jest odmienić dotychczasowy świat ludzi. Dziewczyna niestety nie wie, który z nich jest tym wybranym. Aby wypełnić swoją misję, a następnie wrócić tam, skąd przybyła, będzie potrzebowała pomocy wszystkich lokatorów.

Powyższy zarys fabuły daje jedynie szczątkową wiedzę o tym, jak bardzo zagmatwana i szyta grubymi nićmi jest opowiedziana historia. Ponoć jej główny wątek oparty jest na „dobranocnej opowiastce”, którą reżyser napisał kiedyś z myślą o swoich dzieciach. Jeśli jednak Shyamalan opowiada ją z podobnym mozołem, jaki cechuje fabułę „Kobiety w błękitnej wodzie”, to z pewnością zasypiają one na długo przed tym, jak bajka osiąga swój punkt kulminacyjny. Film nie oferuje widzowi niczego, co pozwoliłoby mu utrzymać podniesione powieki. Nuży i męczy senną atmosferą, a w miarę, jak odkrywane są kolejne absurdalne karty scenariusza, wywołuje przemożną ochotę na wyłączenie telewizora i znalezienie ciekawszego zajęcia.

W całym tym żałosnym przedsięwzięciu dobrze wypadają jedynie aktorzy, którzy – nie wiedzieć czemu – zgodzili się, by ich nazwiska znalazły się w czołówce filmu o tak tandetnym scenariuszu. Kolejny bardzo dobry występ zanotował Paul Giamatti, jako administrator Cleveland Heep. Świetną kreacją popisał się również Bob Balaban, wcieliwszy się w pana Farbera ¬– wypalonego filmowego krytyka, na każdym kroku wypunktowującego schematyczność współczesnej kinematografii. Jednak jedyną osobą, która stworzyła kreację naprawdę godną zapamiętania, okazała się odtwórczyni tytułowej roli. Story w wykonaniu Bryce Dallas Howard jest istotą niezwykle tajemniczą, płochliwą, lecz na swój specyficzny sposób charyzmatyczną. Nie da się tego natomiast powiedzieć o samym M. Nighcie Shyamalanie, który decydując się po raz kolejny wystąpić we własnym filmie, nie wybił się niczym ponad zwykłą, rzemieślniczą przeciętność.

Można by oczywiście pisać o nieciekawej oprawie wizualnej, o nijakiej muzyce, o tandetnie wykonanych efektach specjalnych i kreacjach potworów czyhających na główną bohaterkę. Można by narzekać, że zamiast zapowiadanego głośno baśniowego klimatu, fantazji i niesamowitości otrzymaliśmy naciąganą historyjkę, sprawdzającą się, co najwyżej, w charakterze środka na bezsenność. Pomysł Shyamalana, gdyby tylko odpowiednio go dopracować i zastąpić najbardziej rażące fabularne naiwności lepiej przemyślanymi rozwiązaniami, mógłby posłużyć za inspirację do ciekawej fantastycznej opowieści. Potencjał został jednak doszczętnie zmarnowany, o czym nikomu nie polecam przekonywać się samodzielnie.

Ocena: 1.5/5

Dyskusja