Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „10.000 B.C.”

Ciężko dziś znaleźć kinomaniaka, który nie znałby – a przynajmniej nie kojarzył – Rolanda Emmericha. Reżyser takich produkcji jak „Gwiezdne wrota”, „Dzień niepodległości”, czy „Godzilla” zdołał już wpisać się do annałów historii kina science-fiction. Jego dzieła, często przedstawiające tragedie, ale ostatecznie przepełnione patosem i optymizmem, zwykle trafiały w mój gust. Mając to na uwadze, poszedłem do kina na jego najnowszy film „10.000 BC”. Tym razem jednak Emmerich mnie rozczarował.

Na początek przyjrzyjmy się fabule. Gdzieś w wysokich, pokrytych śniegiem górach, żyje sobie plemię prowadzące na poły koczowniczy tryb życia. Plemię, jak to zwykle bywa w tego typu społecznościach, boryka się z kilkoma problemami: wyżywić ludzi, nie dać się najeźdźcom oraz nie popaść w niełaskę bóstw – ot, cały sens egzystencji. Pech chce, że nagle spada na nie cała masa kłopotów. Nie ma co jeść, bo wielkie, mamutopodobne stwory zwane mannakami, coraz rzadziej zapuszczają się na okoliczne tereny. Z religią też same kłopoty, bo guślarka wspomina o tajemniczej przepowiedni, która ma się ziścić już w najbliższym czasie. Jakby tego było mało, społeczność zostaje najechana przez bliżej niezidentyfikowanych mrocznych jeźdźców, którzy plądrują ziemie i zmuszają ludzi do niewolniczej pracy. Kilku wojownikom cudem udaje się umknąć przed najeźdźcami. Jest wśród nich D’Leh, chłopiec będący wybrańcem mającym zbawić swych pobratymców. Wśród porwanych jest jego miłość, dziewczyna imieniem Evolet. D’Leh wyrusza w pogoń za agresorami, pragnąc uwolnić Evolet i resztę współplemieńców.

Prawda, że banalne? Sama prostota i naiwność fabuły jest w przypadku „10.000BC” wystarczającym powodem, by nie wybierać się nań do kina. Także jej rozwój pozostawia wiele do życzenia, a to dlatego, że scenariusz pełen jest dziur, nielogiczności, oraz nieudolnie powielanych schematów. Zresztą… idąc do kina na „10.000BC” byłem przekonany, że przyjdzie mi zobaczyć obraz o ile nie historyczny, to przynajmniej osadzony w historycznych realiach. Przekonanie to nie opuszczało mnie do dwudziestej minuty seansu, kiedy to z mroźnych, zaśnieżonych gór akcja przenosi się nagle do tropikalnej dżungli, a jeszcze później na bliżej niezidentyfikowaną pustynię. Jakby tego było mało, po kilkunastu minutach akcja przenosi się do miasta, w którym obok typowych dla kultury mezopotamskiej zigguratów stoją egipskie piramidy. Wtedy to czar prysł. Zrozumiałem, że oglądam film fantasy, którego tytuł nie ma nic wspólnego z treścią. Biorąc pod uwagę różnego rodzaju smaczki takie jak architektura, broń bądź kostiumy bohaterów, tytuł „3000BC” byłby dużo bardziej na miejscu.

Aktorstwo w „10.000BC” stoi na wybitnie niskim poziomie. Oglądając film nie zauważyłem, by którykolwiek z aktorów wybijał się na tle pozostałych, chyba, że w negatywnym sensie. Odtwórca głównej roli, Steven Strait, prezentuje się raczej przeciętnie. Dobre wrażenie robi jego charakteryzacja (mimo, iż totalnie niehistoryczna), natomiast sama gra pełna jest niedoskonałości. Nie inaczej jest z Camillą Belle, odtwórczynią Evolet, która poza pięknymi oczyma nie pokazała tutaj niczego nadzwyczajnego. Sytuację ratuje trochę Cliff Curtis, czyli filmowy Tic’Tic. Nie zagrał wybitnie, lecz był dalece bardziej przekonujący, aniżeli odtwórcy ról pierwszoplanowych. Niestety, aktorstwo „10.000 BC” leży i kwiczy w niemal takim samym stopniu, jak scenariusz.

Jednak to, co najbardziej w „10.000 BC” razi, a o czym wspomniałem już wcześniej, to cała masa powielonych schematów. O ile kopiowanie scen czy motywów nie jest w Hollywood żadną nowością, o tyle boli fakt, że Roland Emmerich czyni to wyjątkowo nieudolnie. W „10.000 BC” aż roi się od nawiązań do Gibsonowskiego „Apocalypto” (sceny w dżungli), Millerowskiego „300” (chociażby rzut włócznią), czy nawet Spielbergowskiego „Parku Jurajskiego” (kreatury o wyglądzie i zachowaniu identycznym jak tamtejsze velociraptory). „10.000 BC” nie przypadnie również do gustu antyfanom happy endów. Wiadomo, że szczęśliwe zakończenie nie czyni filmu nieciekawym bądź nie wartym oglądania. Jednak to, co zrobili twórcy „10.000 BC” przechodzi wszelkie wyobrażenia. Nie chcę tu spoilerować, kto jest ciekaw – zobaczy sam, ostrzegam jednak, że nie warto.

Czy zatem w najnowszej produkcji Emmericha jest coś, co może się podobać? Oczywiście, że tak. Koniec końców, „10.000 BC” stanowi ucztę dla oka. Jak przystało na prawdziwie hollywoodzki twór, wysoki poziom prezentują tutaj efekty specjalne. Bardzo dobrze zrealizowano sceny polowań na mannaki, podobnie jak sceny pościgów i „bunt” zniewolonych mannaków tuż przed zakończeniem filmu. Jednakże sceny batalistyczne nie zachwycają. Odniosłem wrażenie, że Emmerich chciał w swoim obrazie za wszelką cenę ograniczyć ilość przemocy. Tym oto sposobem wojownicy zadają sobie na przykład bezkrwawe rany, dzięki którym film staje się bardziej odpowiedni dla młodszych odbiorców, jednak gubiąc gdzieś po drodze realizm przedstawianych scen. Wracając jednak do zalet – inną rzeczą, która może się w „10.000 BC” podobać, jest oprawa muzyczna. Wprawdzie Thomas Wanker i Harald Kloser nie stworzyli niczego wybitnego, jednak przygotowane przez nich utwory dość dobrze wkomponowują się w przedstawiane sceny.

„10.000 BC” mogę polecić wyłącznie kinowym masochistom. Najnowszy film Rolanda Emmericha jest zwyczajnie słaby. Nie ma w nim nic ciekawego, poza przyzwoitymi efektami specjalnymi i nienajgorszą muzyką. Gra aktorska prezentuje się mizernie. Fabuła jest nieciekawa, zaś scenariusz, bzdurny, pełen dziur i nielogiczności. Nie polecam. Szkoda czasu i pieniędzy.

Ocena: 2/10

Tytuł: 10.000 BC
Tytuł oryginału: 10.000 BC
Reżyseria: Roland Emmerich
Scenariusz: John Orloff, Harald Kloser
Muzyka: Harald Kloser, Thomas Wanker
Data premiery: 2008-03-14 (Polska), 2008-02-22 (świat)
Czas trwania: 109 minut
Kraj: USA
Obsada: Steven Strait, Camilla Belle, Cliff Curtis, Joel Virgel, Affif Ben Badra

Ocena: 2/5

Dyskusja